Nie potrafilem tak po prostu wrocic do baru i wyrwac kolejnej dziewczyny do siebie. Cos wrecz zmuszalo mnie do sprawdzenia, czy barmanka bezpiecznie trafi do domu i moglem siedziec nawet do rana czekajac az skonczy zmiane, byle nic jej sie nie stalo. Nie musialem jednak pozostac dlugo w ukryciu, bo szybko wyszla z pracy wsiadajac do taksowki. Wmawialem sobie, ze to czesc mojej pracy i skaczac po dachach budynkow mknalem za pojazdem. Chcialem miec pewnosci, iz nikt nie skrzywdzi jej w miedzy czasie. Nie mieszkala daleko od Steve Yoe's, dobrze jednak ze nie wracala sama na pieszo. Nowy York noca jest dosc...zlowrogim miejscem i lepiej miec sie na bacznosci. Zawsze po akcji wymazywalem pamiec przypadkowym swiadkom, ona jednak emanowala czyms dziwnym do opisania i zwyczajnie nie moglem tego zrobic...nie chcialem.
Udalo mi sie doprosic sie Percy'ego, aby dal mi wolna noc. Nie byl do tego zbyt chetny, ale wymyslilam piekne klamstwo, ktore zaskoczylo nawet mnie sama. Oficjalna wersja ukazywala mnie wracajaca do domu, gdzie obecnie przebywala moja mama. Dodalam, ze jest bardzo chora a opiekunka musiala natychmiast wyjsc. Wzielam na siebie dwie nieodplatne zmiany co najwyrazniej bylo dobrym towarem przetargowym. Czulam sie niepewnie, wiec przed opuszczeniem klubu zamowilam taksowke. Dojscie do domu zajeloby mi moze z kwadrans, jednak nie chcialam narazac sie na spotkanie z niebezpieczenstwem. Przed oczami nadal mialam obraz zamaskowanych mezczyzn i tajemniczego wybawcy. Pewniej poczulam sie dopiero zamykajac dzwi wejsciowe na cztery spusty i zapalajac wszedzie lampki. Wlaczylam telewizor, aby zapelnic uczucie samotnosci i nie dbajac o wieczorna toalete zwinelam sie w klebek pod koldra przyciagajac do siebie Cynamona, ktory juz wczesniej pograzony byl w glebokim snie.
- Nawet nie wiesz, jak ciesze sie ze cie mam. - szepnelam do jego miekkiego futerka. - Dziekuje...
Mialam ogromny problem z zasnieciem. Pomimo wszelkich staran wciaz krecilam sie na lozku niemogac znalezc wygodnej pozycji. W mojej glowie goscilo dziwne poczucie, ze jestem obserwowana. Tlumaczylam sobie, iz nikt na mnie nie patrzy, jednak niepokoj ogarnial serce. Kot jak na dobrego przyjaciela przystalo mruczal przyjemnie dopasowujac sie wciaz do mnie. Raz na jakis czas spogladalam w strone cyfrowego zegara, ale czas plynal wolno. Oznaczalo to tyle o ile, iz slonce nie wstanie za szybko a potrzebowalam go, zeby nabrac wiekszej pewnosci siebie. W koncu jednak jakas obezwladniajaca sila owiala mnie swoja moca i usnelam pograzona w wyczekiwanym snie.
Patrzylem na nia chowajac sie za oknem. Mieszkala sama, dla poprawienia swojej pewnosci siebie zapalila wszystkie swiatla i wlaczyla wiadomosci. Widocznie owe wydarzenia wstrzasnely nia na tyle mocno, ze nie mogla po prostu sie pozbierac. Zmruzylem oczy zauwazajac, ze przytula do siebie jakiegos pluszaka. Po chwili dopiero ogarnalem, iz jest to zywe. Raczej kotowate. Wytezylem sluch widzac, ze zaczyna do niego przemawiac.
- Nawet nie wiesz, jak ciesze sie ze cie mam. Dziekuje... - samotnosc. Wybieramy ja wychodzac z zalozenia, ze w ten sposob osiagniemy idylliczny spokoj. Niestety, w wielu momentach jest ona przyczyna naszego najwiekszego cierpienia. Westchalem ciezko. Nie rozumialem, dlaczego pozwolilem dziewczynie zapamietac to wydarzenie. Przez swoje glupie pobudki zadalem jej jeszcze wieksze cierpienie. Niewiedza potrafi doprowadzic do szalenstwa, a ja sam smialo moglem mianowac siebie czlowiekiem nienormalnym. Widzac, ze dlugo meczy sie z zasnieciem dotknalem delikatnie dlonia szyby, za ktora sie skrywalem. Zeslalem jej spokojny sen, dajac chociaz tyle dobroci z tego zepsutego serca, ktore jeszcze we mnie bilo. Kiedy upewnilem sie, ze noc bedzie dla niej przyjemna przenioslem sie do swojego domu.
Nigdy nie spalam tak dobrze. Czesto miewalam koszmary, wstawalam wykonczona pomimo dlugiego snu lub musialam zrywac sie z lozka, aby zdazyc do pracy. Tamtego dnia jednak po moim ciele rozchodzilo sie przyjemne cieplo, slonce mocno wplywalo do pomieszczenia dajac mi poczucie nieogarnianej radosci a Cynamon nie dopraszal sie o sniadanie dalej spiac pod koldra. Przeciagnelam sie usmiechajac szeroko. Mialam w sobie mnostwo energii, aczkolwiek nie bylam pewna z jakiej racji. Pamietalam fakt, iz zwolnilam sie u Percy'ego z jakiegos bardzo waznego powodu, powrot Victorii oraz chwile, w ktorej wracalam taksowka do domu. Reszta rozmyla sie w mojej glowie, mialam okropne przeswiadczenie, iz brakuje w tym jakiegos waznego fragmentu. Wlaczony telewizor pokazywal najwazniejsze wiadomosci dnia wczesniejszego, lampki nocne palily sie we wszystkich czesciach mieszkania. Nie rozumialam tego, ale wytlumaczylam sobie, ze zasnelam ogladajac jakis film i przy okazji nie wylaczylam swiatla. Fakt, ze bylam w ubraniu zaskoczyl mnie najbardziej. Moja mama z racji na swoje perfekcyjne podejscie do zycia nigdy nie pozwalala ani mi, ani siostrze zasypiac w czymkolwiek innym, niz czysta pizama wyprana w hipoalergicznym proszku. Czesto zastanawialam sie, jak to mozliwe, ze nie mam zadnej alergii od tak sterylnych warunkow. Na szczescie ominely mnie meki uczulen. Gorzej z Victoria, ktora puchnie od orzechow i podobno nie moze miec na sobie sztucznej skory, tlumaczac tym noszenie prawdziwej. Smieszna.
Zgodnie z planem mialam w ten dzien wolne, ale za to przez nastepne dwie doby czekaly mnie pracowite dniowki. Niespiesznie wstalam i zniknelam w lazience, aby po dlugim prysznicu wrocic i przebrac sie w czyste ubrania. Po tak dobrze przespanej nocy nabralam apetytu i ochoty do zycia, co wydawalo mi sie coraz bardziej podejrzane. Pomimo to z checia zrobilam tosty z mnostwem skladnikow, kawe z mlekiem i nalozylam Cynamonowi wieksza porcje jedzenia co skomentowal glosnym mruczeniem. Wylaczylam telewizor zastepujac go radiem. Zapowiadal sie dobry dzien.
Mialem powazne problemy z zasnieciem, dlugo bilem sie z myslami czy zrobilem dobrze pozbawiajac dziewczyne wspomnienia tak pozno. Na dodatek zdawalem sobie sprawe z tego, iz nie uczynilem tego najlepiej i o dziwo cos we mnie liczylo na to, ze ona nie zapomni. Gdyby przypomniala sobie sama z siebie to nie mialbym juz zadnych wyrzutow. Pamiec ludzka jest bardzo krucha rzecza. Manipulacja nia nie zawsze przynosi pozadane efekty. Usnalem dopiero nad ranem, ale i szybko sie przebudzilem. Do mojego pokoju wlecial rozesmiany Wibby, czlowiek ktory nawet po zawalonej nocce przepracowanej w ciezkich warunkach byl pelen zycia. Jeknalem zniesmaczony.
- Stary! Bede w prasie! Ogarniasz?! Koncert okazal sie wydarzeniem roku normalnie i byla u mnie nawet telewizja! - krzyknal kladac sie ciezko na lozko.
- Zamknij sie... - mruknalem chowajac twarz w poduszce.
- Ooo, widze ze ciezka nocka? - zasmial sie. - A gdzie jakas panna? Czyzby twoj urok osobisty przestal dzialac?
- Jestes idiota. - warknalem. - Nie ma zadnej panny, kurwa...
- Wow, stary. Co cie tak wzielo? - obrocilem sie na plecy chowajac twarz w dloniach.
- Komplikacje...
Niedziela to dzien swiety, a najlepiej uswiecic go w supermarkecie. Tak przynajmniej funkcjonuje wiekszosc zapracowanego przez caly tydzien spoleczenstwa. Lato dobiegalo konca, wiec korzystajac z ostatnich promieni slonca ubralam biala, dopasowana sukienke na grubych ramiaczkach i granatowy zakiet, ktory zapielam na jeden guzik w pasie. Dawno nie przykladalam uwagi do ubioru, bo w Steve Yoe's wszyscy nosimy zwykle, czarne koszulki i tej samej barwy spodnie. W ten dzien jednak czulam, ze moge wiele. Wlozylam blekitne baletki i zabierajac wiklinowy kosz wyszlam z domu na zatloczone ulice Nowego Yorku.
Dzien ciagnal sie w nieskonczonosc. Wibby jak nakrecony w kolko opowiadal o koncercie w klubie bagatelizujac moj stan. Na podkreslenie powagi wydarzenia nagral fragment newsow, w ktorym pokazywali miniona noc w Barnabasie. Masa swiatel, roztanczonych dziewczyn i znana kapela wsrod tego wszystkiego. Zarobil tyle, iz zrobil wolne dla wszystkich i kazal im pozadnie sie wyspac. Juz szykowal sie na kolejna mocna impreze, w koncu taki czlowiek jak on zawsze osiaga swoje cele. Westchnalem ciezko odkladajac gazete na kanape. Niedziela powoli dobiegala konca, zmeczony podszedlem do barku w celu nalania sobie whisky. Niestety, w calym tym zamieszaniu nie nadrobilem zaleglosci po odwiedzinach rudej.
- Widze braki asortynentu? - kumpel pojawil sie w salonie wskakujac na kanape.
- Ide nadrobic te braki. - odpowiedzialem usmiechajac sie perfidnie.
- Jedyne, co potrafi cie podniesc na duchu, to wodka? - jeknal.
- Nie.
- Nie?
- Wole whisky.
W jednej z kawiarni kupujac kawe na wynos spotkalam Milly na randce z jakims wysportowanym chlopakiem. Nie bylo to najlepsze wydarzenie w jej zyciu i widzac mnie wykorzystala okazje, aby szybko sie od niego ulotnic. Czulam sie z tym glupio, bo mordowal mnie wzrokiem, ale ogolnie bylo mi to obojetne. Moja przyjaciolka miala to do siebie, ze interesowala mezczyzn swoja osoba. W porownaniu do Victorii jednak szukala czegos na stale, ostatni jej zwiazek trwal trzy lata i od tego czasu nie byla jeszcze z nikim kazda randke komentujac "Nic nazdzwyczajnego". Zaplacilam za kawe i razem wyszlysmy na zatloczone ulice miasta. Wieczor powoli zblizal sie nieublaganie zwiastujac koniec wolnego dnia.
- To co znowu poszlo nie tak? - usmiechnelam sie do dziewczyny.
- To co zwykle. Napakowany i zadufany w sobie. Ja na prawde nie ogarniam tego schematu przystojnych facetow, kazdy traktuje siebie jak jakies bostwo i takiego traktowania oczekuje od dziewczyn. Bez sensu, nie zalezy mi na siedzeniu wsrod cheerleaderek i wydzieraniu sie, ze Brandon jest najlepszy. Chcialabym poznac kogos...nie wiem, zakochac sie tak bez pamieci. - westchnela.
- Jestes mloda, spotkasz jeszcze kogos. - rzucilam. - Nowy York to duze miasto, ludzi jest tutaj az nadto.
- Ta... - mruknela zniechecona.
- Milly, popatrz na siebie. - jeknelam. - Wiekszosc facetow na ulicy oglada sie za toba, przyciagasz uwage bo jestes po prostu atrakcyjna. To nie jest kwestia braku odpowiedniego faceta ogolem w naszym gatunku tylko czasu. Kazdy potrzebuje czasu.
- Glupoty gadasz. - zawstydzila sie. - Na dodatek ja osobiscie nie wierze w przeznaczenie, druga polowke, ktora gdzies na mnie czeka i powoli przestaje wierzyc w zwiazek do konca zycia. - westchnela.
- Glupoty gadasz. - powtorzylam ja krecac oczami. Zatrzymalysmy sie przed sklepem z dobrymi alkoholami. - Nie uwazasz, ze ostatnio po prostu za bardzo szukasz?
- Niezbyt. - odparla markotnie przekraczajac prog pomieszczenia. W srodku bylo tylko kilka osob. Wszystkie polki wypelnione byly winami, czeskim piwem i innymi specyfikami, ktorych znalezienie gdziekolwiek indziej graniczy z cudem.
- A jaki jest twoj model idealnego mezczyzny?curacao
- Nieistniejacy. - zasmiala sie. - Najlepiej, zeby mial tyle zapedu do zycia co ja i emanowal wrecz pozytywna energia. No i dbal o siebie, nie chce w wieku szescdziesieciu lat obudzic sie obok miesnia piwnego. - teraz to ja sie rozesmialam. W tym akurat ja rozumialam.
- Blue curacao i tamto biale wino. - poprosilam chlopaka za lada.
- A dokumenciki beda? - spytal.
- Oczywiscie. - wyjelam dowod z portfela. Przyzwyczailam sie do faktu, iz ludzie czasami nie dowierzaja w moj wiek.
- Ej... - Milly szepnela mi do ucha. - Czy to nie ten chlopak z klubu, ktory splawil twoja siostre? - powiodlam spojrzeniem za nia. Przy dziale z whisky stal wysoki mezczyzna w szarej bluzie. Byl odwrocony do nas plecami ale i tak moglam ocenic go jako godziny silowni. Pokrecilam lekko glowa usmiechajac sie ponuro.
- Moze jest gejem? - zasugerowalam chowajac zakupy do koszyka.
- Albo nie jaraja go napuszone laski. - podparla sie biodrami.
- Chodzmy lepiej. Spoznisz sie do pracy. - odpowiedzialam spogladajac ukratkiem na mezczyzne. Cos mi przypominal, ale nie bylam w stanie okreslic co. Kiedy sie obrocil nasze spojrzenia skrzyzowaly sie na chwile. Widzialam zaskoczenie w jego oczach, szybko jednak usmiechnal sie zawadiacko, jak na pozera przystalo. Nie zwracajac juz wiecej na niego uwagi wyszlam ciagnac za soba perfidnie rozbawiona Milly.
Kilka przecznic dalej rozstalysmy sie. Ona poleciala do Steve Yoe's a ja powoli ruszylam w strone swojego mieszkania. Cynamon napewno nie cieszylby sie z dluzszego czekania na posilek. Slonce powoli zachodzilo za wysokimi budynkami miasta tworzac fioletowa lune wokol. Westchnelam cicho czujac dziwny stan zawieszenia. Bylam bardzo spokojna, ale tez mialam ochote zrobic cos konstruktywnego. Dwojakosc potrzeb bywa irytujaca.
Nic nie dzieje sie bez przyczyny. Zmarnowany wyszedlem z domu zakupic whisky w jednym z mniej uczeszczanych miejsc i niby przypadkiem ona tez tam byla. Wygladala pieknie, kobieco. Pomimo to ten kretyn za lada nie uwierzyl w jej wiek. Zastanawialem sie, czy jeszcze mnie pamieta. Nie musiala, dziewczyna bedaca tam z nia przypomniala Anny kim jestem. Zlapalem jej spojrzenie zaskoczony, wpierw wygladala na zainteresowana. Pozniej jednak przybrala mine obojetnej i wyszla pozostawiajac mnie z metlikiem emocji. Jak na porywczego czlowieka przystalo zaplacilem za artefakta i wyszedlem szukajac jej. Niestety, ludzie wokol utrudniali mi przebicie sie na tyle, aby w ogole gdzies dojrzec te biala sukienke i burze brazowych lokow. Mialem tylko jedno wyjscie, jezeli na prawde chcialem ja znalezc. Schowalem sie w jednej z pustych uliczek za stosem smieci i skupilem w sobie. Dotknalem cegiel i na scianie przede mna pojawila sie mala mapa pokazujaca gdzie poszukiwana obecnie jest. Usmiechnalem sie do siebie i skierowalem w tamto miejsce krotsza droga usuwajac wpierw dowody.
Siedzialam w cukierni Lucy You jedzac ciasto czekoladowe z orzechami i pijac kawe z mlekiem. Smialo moglam przyznac sie do uzaleznienia od niej, ale nie przeszkadzal mi ten fakt. W dloni dzierzylam codziennik przegladajac pobierznie najwazniejsze informacje dnia. Wychwalali jakis klub, rozwodzili sie o swiecie dziekczynienia i gromili politykow za czcze obietnice. Brak zaskoczenia. Moja uwage jednak przykula jedna z ostatnich stron, na ktorej oglaszano poszukiwanych i zaginionych. Wsrod nich znalazlam nazwiska trzech mezczyzn ze zdjeciami. Wygladali przerazajaco.
Marc Preston
Wiek 39 lat, ostatnio widziany w okolicy banku Querro.
Poszukiwany za cztery gwalty i morderstwo.
Niebezpieczny i chory psychicznie uciekl miesiac temu
z osrodka Sw. Magdaleny. Policja bezskutecznie poszukuje
go od dluzszego czasu. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.
Fisher Preston
Brat Marc'a Prestona.
Wiek 37 lat. Ostatnio widziany w towarzystwie pozostalych
braci. Poszukiwany za wspoludzial w morderstwie, liczne
kradzieze, zniszczenie mienia i gwalt.
To on prawdopodobnie pomogl starszemu bratu
uciec z osrodka. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.
Crabby Preston.
Najmlodszy z braci. 30 lat. Poszukiwany za liczne rozboje
z bronia, falszerstwo dokumentow oraz przemyt
narkotykow. Ostatnio widziany przy Querro wraz ze starszymi
przestepcami. Rownie niebezpieczny jak oni.
Policja bezowocnie poszukuje go od lat. Obecnie przebywa
w okolicach Nowego Yorku. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.
Z czytania lektury wyrwal mnie czyjs glos.
- Mozna? - spojrzalam znad gazety. Moim oczom ukazal sie ten sam mezczyzna, ktorego spotkalam w pracy i sklepie. Dopiero przy blizszym poznaniu moglam okreslic, iz jego ubior wart jest wiecej niz moja cala szafa. Na dodatek usmiechal sie perfidnie, jakby oczywistym bylo, ze pozwole mu usiasc obok.
- Jestem zajeta. - odpowiedzialam szybko. Chyba za szybko, bo usmiech na jego twarzy stal sie jeszcze bardziej wyrazny.
- Nie bede pani przeszkadzal. - wzruszyl ramionami.
- Jest duzo wolnych miejsc. - zauwazylam rozgladajac sie po kawiarni.
- Owszem, ale nie lubie samotnosci.
- To niech zaprosi pan tutaj swoja dziewczyne. Nie bedzie pan samotny.
- Obecnie nie posiadam zadnej.
- Bardzo mi przykro. - mruknelam zirytowana jego natrectwem.
- Rowniez cierpie. David. - przedstawil sie wyciagajac do mnie dlon. Z czystej kultury uscisnelam ja przedstawiajac sie.
- I tak zaraz wychodze, wiec prosze. - zrezygnowalam z dalszych prob ziechecenia chlopaka.
- Tym bardziej skorzystam, skoro jeszcze tutaj jestes. - odparl siadajac przede mna. Zaskoczona znow na niego spojrzalam.
- Byles ostatnio w Steve Yoe's. Prawda?
- Mozliwe. W miescie jest duzo klubow. - kelnerka, ktora praktycznie nigdy nie wychodzi zza lady nagle zjawila sie obok. Az za uprzejmym glosem przemowila do blondyna.
- Moze podac cos panu? - popatrzyl sie na mnie.
- Chcialabys cos do tej kawy?
- Mam jeszcze ciasto, dziekuje. - odparlam znow otwierajac gazete.
- Podwojne espresso wystarczy. - zwrocil sie do dziewczyny w rozowym wdzianku.
- Mamy bardzo dobre ciasteczka orzechowe. - zacwierkala. - Dla tak milego goscia dodam specjalna promocje. - pokrecilam oczami przewracajac strone. Chlopak zasmial sie cicho, ale odmowil. Kelnerka odeszla niepocieszona.
- Co ciekawego slychac w wielkim swiecie? - znow przemowil do mnie.
- To co zawsze, komercja, mediokracja i inne bzdety zaslaniajace prawdziwe problemy. - westchnelam.
- Co przez to rozumiesz?
- Prasa rozpisuje o malo waznych sprawach sprawiajac, ze ludzie przestaja widziec to, co jest tak naprawde wazne. Tutaj na przyklad pelno jest wiadomosci o swiecie dziekczynienia, ktore przeciez chwali podbijanie Bogu ducha winnych ludzi. Przeciez to wcale nie jest chwalebne. Pomimo to wmawia sie nam, ze nic zlego nie zrobilismy, gdyz wprowadzilismy "prawdziwa" cywilizacje dla zacofanego swiada dawnej Ameryki. Nonsens. - odlozylam gazete siegajac po kawe. Zauwazylam, ze David wpatruje sie we mnie zaciekawiony.
- Cos sie stalo? - spytalam speszona.
- Nie, nic. Jakie masz poglady na temat religii? - dawno nie rozmawialam z nikim bardziej intelektualnie, wiec jego ciekawosc zaskoczyla mnie, ale i zachecila do wypowiedzi. Chcialam sie odezwac, ale kelnerka wrocila z zamowionym przez blondyna espresso.
- Prosze. - usmiechnela sie do niego slodko. - Gdyby potrzebowal pan czegos, to bede za kasa. - Nie odpowiedzial jednak dalej wpatrujac sie we mnie, co wywolalo naplyw ciepla do moich policzkow. Dziewczyna natretnie stala dalej obok nas zapewne czekajac na jakas reakcje.
- Potrzebuje w tym momencie prywatnosci. - westchnal w koncu obdarzajac ja zdawkowym spojrzeniem. Zirytowana obrocila sie natychmiast odchodzac.
- Czyzby problemy z relacjami damsko - meskimi? - usmiechnelam sie kpiaco.
- Doceniam w kobietach szacunek do samych siebie. - odparl.
- Mianowicie?
- To proste. Moze i staroswieckie, ale jednak. Kobieta powinna byc adorowana i zwracac na siebie uwage czym innym, niz...prostactwem? Tak to moge chyba ujac. Wybijac sie umyslem, nie brakiem ubrania i taktu.
- Coz za rycerskie podejscie. - prychnelam w dziwny sposob rozbawiona.
- Raczej zdrowe. - poprawil mnie rowniez sie usmiechajac.
- Niech i tak bedzie. - przystalam na to.
- To odpowiedz na moje wczesniejsze pytanie. Jakie jest twoje podejscie do religii?
- Dlaczego tak cie to w sumie interesuje? Nie chce byc nieuprzejma, ale nie znamy sie i jestem tak po prawdzie zaskoczona. - przyznalam chowajac dlonie pod kolanem.
- Dawno nie mialem okazji porozmawiac z kims o czyms wiecej. - wzruszyl ramionami wypijajac cala zawartosc malej filizanki.
- Hmm...to jest jakas odpowiedz. No wiec uwazam, ze kazdy ma prawo do swojego wyznania, aczkolwiek katolicyzm w jakis sposob mnie odpycha. Kwestia tego, ze swiat sie zmienia a kosciol dalej pozostaje w epoce sredniowiecza. Co jakis czas wykonuje wiekszy krok i znow zatrzymuje sie w swoich pogladach na wiele lat a przeciez czlowiek zmienia sie z dnia na dzien. Kazdego rana budzimy sie jako inni ludzie, cos w nas umiera a cos sie rodzi. Podoba mi sie motyw reinkarnacji w buddyzmie. Mysle, ze zamiast latania w obloczkach z harfa w dloni wolalabym dostac kolejne zycie jako czlowiek i po prostu czuc. - chlopak podparl sie na ramieniu patrzac w pusta filizanke.
- A co, jesli po smierci bylabys niepelnosprawna fizycznie? Gdybys urodzila sie jako istota pozbawiona zdolnosci normalnego funkcjonowania? - spytal bardziej siebie niz mnie.
- Nie bylabym gorsza od zdrowego czlowieka. Postrzegalabym po prostu swiat inaczej. Kazde zycie warte jest przezycia. - odparlam dopijajac kawe.
- Moze i tak, ale nie bedac w takiej sytuacji nie wiesz raczej o czym mowisz.
- Skad ta pewnosc? - rzucilam przekrecajac lekko glowe.
- Fakt, nie moge tego stwierdzic. - przyznal usmiechajac sie lekko.
- Skoro ja powiedzialam tyle, to moge zadac jakies pytanie?
- Smialo. - zgodzil sie.
- Dlaczego ze mna rozmawiasz? Ludzie nie podchodza na codzien do obcego czlowieka pytajac o jego poglady spoleczne. - zasmial sie cicho.
- To prawda, ale jak juz powiedzialem wczesniej, brakowalo mi rozmowy z kims, kto ma ciekawe poglady. Nie ocenia sie ksiazki po okladce, ale patrzac a ciebie doszedlem do spontanicznego wniosku, ze milo mi bedzie wypic razem kawe.
- Dziekuje. - poslalam mu cieply usmiech.
- Za co? - tym razem to ja go zaskoczylam.
- Za komplement. - rzucilam wstajac. - Ale musze juz isc, mam troche rzeczy do zrobienia. - chlopak rowniez doprowadzil siebie do pionu zostawiajac dosc zawyzony banknot na tacy.
- Moge kawalek cie odprowadzic? - spytal szarmancko.
- Kawalek. - zaznaczylam niepewna czy to dobry pomysl. Od dawna trzymalam przedstawicieli plci przeciwnej na dystans. Rozmowa z owym mezczyzna byla wiec dla mnie czyms nowym i zaskakujacym. Otworzym mi drzwi przepuszczajac przodem. Katem oka zauwazylam nienawistne spojrzenie kelnerki. Prawdopodobnie wiecej juz nie moglam przyjsc tam na kawe, bo z zawisci dosypalaby mi arszeniku do zamowienia.
- Czym zajmujesz sie na codzien? - spytalam, kiedy minelismy skrzyzowanie.
- Jestem prawnikiem. - odpowiedzial. - Pracuje w Smith&Colbie Corporation.
- Bardzo odpowiedzialne zajecie.
- Mozliwe podchodze do tego bardziej jak do hobby. Od zawsze chcialem zajmowac sie tym, wiec spelniam obecnie swoje marzenie. - zasmial sie. Slonce juz dawno zaszlo za horyzontem pozwalajac na nadejscie nocy i okrycie nieba gwiazdami, ktore w pelnym spalin miescie byly ledwo dostrzegalne. - A o czym ty marzysz?
- Czy ja wiem... - westchnelam. - Obecnie o zobaczeniu czystego nieba. Ogolem skonczylam dziennikarstwo, mialam nadzieje, ze pozwoli mi to na uczynienie swiata lepszym. - zamialam sie gorzko. - Niestety, ten swiat nie chce tego. Woli zyc klamstwami, ze zanieczyszczenia w Nowym Yorku wcale nie sa tak szkodliwe, liczba bezrobotnych wciaz sie zmniejsza a po studiach mozemy osiagnac sukces. Nie odpowiada mi klamstwo, nie mam znanego nazwiska. Dlatego pracuje tu gdzie pracuje i spelniam sie co najwyzej artystycznie.
- Malujesz? - wygladal na prawdziwie zainteresowanego.
- Czasami, zalezy czy mam na to czas. - przyznalam.
- Bardzo chetnie zobaczylbym kiedys jakas twoja prace. - zatrzymalam sie natychmiast prawie wpadajac na jakiegos mezczyzne. W mojej glowie zapalila sie lampla oprzytamniajac mnie.
- To byloby raczej trudne do zrealizowania. - mruknelam.
- Dlaczego?
- Po prostu. Mysle, ze juz spokojnie trafie do domu. - odpowiedzialam chcac jak najszybciej opuscic blondyna. Nie wygladal na szczesliwego, zapewne liczyl na cos wiecej tej nocy, ale ja nie chcialam...nie moglam. Nigdy wiecej.
- Anny. - cos zaklulo mnie w sercu, kiedy wypowiedzial moje imie. - Przed czym uciekasz?
- Milego wieczoru. - rzucilam znow przyspieszajac. Jedyne, czego pragnelam to przekroczyc prog mieszkania i uwolnic sie od tego przeszywajacego wzroku. Kazde przywiazanie pociagalo za soba pewnego rodzaju niebezpieczenstwo, na ktore po prostu nie moglam sobie pozwolic. Z nadzieja zgubienia go w tlumie mknelam przed siebie. W glowie wciaz huczalo mi jedno zdanie "Przed czym uciekasz?"
wtorek, 19 lutego 2013
sobota, 16 lutego 2013
Joker
Obudzilem sie rano czujac zmeczenie. Noc byla dosc...pracowita, jezeli tak to moge okreslic i efekty wlasnie do mnie docieraly. Na dodatek obok mnie lezala...Cassie? Chyba tak sie nazywala. Dziewczyna zaliczajaca sie do typu latwe i wyuzdane. Takie nie potrzebowaly zwiazku a po jednej przygodzie nie dzwonily do mnie placzac, ze je zranilem, wykorzystalem i porzucilem. Wstalem niezwracajac na nia uwagi i skierowalem sie do lazienki. Potrzebowalem szybkiego prysznicu, aby obudzic sie konkretniej i zebrac do pracy. Slonce dopiero wschodzilo, co oznaczalo, ze mam jeszcze troche czasu. Tak, jak myslalem. Po powrocie do pokoju dziewczyny juz nie bylo, uklad idealny.
- Od kiedy wybierasz rude? - Wibby lezal na kanapie w salonie z kawa i papierosem przelaczajac kanaly.
- Odmiana od czasu do czasu jest przyjemna. - rzucilem mu usmiechajac sie znaczaco.
- Ktoras w koncu cie zaskarzy o molestowanie, albo wbije z dzieciakiem i testami DNA. - mruknal odkladajac pilota i odpalajac kolejnego szluga.
- Predzej ciebie wykonczy jaranie fajki za fajka. - unioslem jedna brew przygladajac sie plamie na kanapie. - Sprzatasz to. - dodalem wskazujac broda.
- To nie moje. - odparl. - Spytaj swoja...przyjaciolke. - zasmial sie.
- Co masz na mysli?
- Zaszalales wczoraj. Wrocilem o trzeciej z klubu a twoja dziunia bawila sie w salonie...musisz zamykac swoj barek z alkoholem, jak je zapraszasz. - natychmiast skierowalam sie do drewnianej szafki. Jak sie okazalo, wiekszosc zapasow wyparowala ze srodka.
- Kurwa... - warknalem. - Nie mow mi, ze wypila to wszystko sama.
- Mocna glowa robi swoje. - Wibby wzruszyl ramionami. Dobry humor jak zawsze go nie opuszczal.
- Pozniej kupie cos. - westchnalem zirytowany. Laski czasami przeginaja, ale gra bywa warta swieczki. Usmiechalem sie szeroko przypominajac sobie miniana noc.
- Dzisiaj jest u mnie koncert, wpadnij. - chlopak podniosl sie z siedzenia i zabierajac kubek skierowal sie do kuchni.
- Mam troche roboty. - rzucilem krecac karkiem. - Podobno przy Steve Yoe's kreci sie jakis gang, gwalca dziewczyny z okolicy. Przydaloby sie ich utemperowac.
- Tylko nie rzucaj sie za bardzo w oczy. - uslyszalem jego glos z drugiego pomieszczenia.
- Jak zawsze.- mruknalem. - Jak zawsze...
Wracalam z nocnej zmiany marzac o polozeniu sie do wygodnego lozka. W piatki zawsze mielismy tlumy, ktore w pewnym momencie robily wiecej problemu niz pozytku. Pomimo to Percy - wlasciciel nadal nie chcial zorganizowac jakiejs etatowej ochrony. Nic wiec dziwnego, ze niektore meble byly juz w stanie agonalnym a telewizor o malo nie poczul na sobie lecacej w jego strone butelki. Gdyby nie w miare dobre zarobki juz dawno zrezygnowalabym z pracy w Steve Yoe's. Musialam jednak utrzymac sie jakos, bo sprzedaz moich obrazow pozwalala co najwyzej na poranna kawe z mlekiem. Dziennikarstwo rowniez okazalo sie porazka, bo przebic sie w Nowym Yorku mozna bylo tylko na dwa sposoby. Dzieki znanemu nazwisku, lub zaplacie cialem producentom. Zadna z owych opcji mi nie odpowiadala.
- Co tam, Cynamon? - rzucilam do swojego kota zamykajac drzwi. Ten radosnie przybiegl do mnie laszac sie o nogi. - Zaraz dostaniesz jesc. - mruknelam zdejmujac z siebie bluze i odkladajac torbe na krzeslo, ktore stanowilo w mieszkaniu element skladowiska wszystkiego. Z przyzwyczajenia wlaczylam odsluchiwanie automatycznej sekretarki i skierowalam sie do kuchni.
Masz jedna nowa wiadomosc.
Hej Anny, tutaj Veronica. Tak jakos wyszlo, ze jestem obecnie w NY. Mysle, ze mozemy spotkac sie na kawe? Nie widzialysmy sie tak dawno. Daj mi znac co i jak. Buziaki!
- Chyba jestes smieszna. - zasmialam sie sama do siebie kladac na podlodze talerzyk, do ktorego Cynamon podbiegl natychmiast nie zwracajac juz na mnie uwagi. Koty. Zmeczona zabralam pizame z lozka i zniknelam w lazience. Goracy prysznic rozluznil moje spiete od ciaglego stania miesnie i pomogl w usnieciu ze zwierzakiem przy glowie.
Obudzilam sie poznego popoludnia. Lato dobiegalo konca, wiec slonce coraz szybciej ustepowalo miejsca nocy. Przeciagnelam sie leniwie w lozku opadajac na nie ze swiadomoscia, iz za kilka godzin znow mam nocna zmiane. Na dodatek tego dnia w klubie mial odbyc sie konkurs talentow, co oznaczalo kolejna ciezka zmiane. Jedynym sposobem na doprowadzenie siebie do stanu uzytecznosci bylo wypicie duzej porcji kawy. Zeby to jednak zrobic trzeba wstac. Jeknelam przekrecajac sie na brzuch i stracajac tym samym kota z jego miejsca. Niezadowolony zeskoczyl z lozka. On przynajmniej potrafil z niego wyjsc konstruktywnie szybko. Ze mna bylo gorzej. Moje rozwazania na temat zrobienia sobie jeszcze krotkiej drzemki przerwal dzwonek do drzwi. Rzadko ktos mnie odwiedzal, ostatnimi czasy prowadzilam tryb samotnika i w zadnym stopniu mi to nie przeszkadzalo. Westchnelam widzac, iz osoba po drugiej stronie nie da mi spokoju i wstalam przeciagajac sie.
- Hej siostrzyczko! - ostatnia osoba, ktorej bym sie spodziewala stala wlasnie przede mna. Ubrana w lateksowe legginsy i zlota tunike z dodatkiem wysokich szpilek i mocnym makijazem, jak zawsze z reszta, zwracala na siebie uwage kazdego.
- Co tu robisz? - spytalam zaskoczona. Bylam nizsza od siostry nawet, kiedy nie miala na sobie tych wydluzajacych nogi butow. Na dodatek ona slynela z idealnego ciala, ja chowalam sie w jej cieniu.
- Nie odsluchalas sekretarki? - usmiechnela sie szeroko. - Jestesmy rodzina, powinnysmy utrzymywac jakis kontakt. - zauwazyla wchodzac do srodka bez zaproszenia. Pokrecilam zirytowana oczami. Zamknelam drzwi i zwrocilam sie do niej.
- Sluchaj, ja niedlugo musze wychodzic. Mow konkretnie o co ci chodzi. Nie przyszlas do mnie tak o. - przekrecilam lekko glowe przygladajac sie dziewczynie.
- Jestes okropna! - rzachnela sie. - Chcialam po prostu spytac co u ciebie. - gdybym jej nie znala, zapewne uwierzylabym w to piekne klamstwo od razu.
- Jezeli nie chcesz mi powiedziec, do mozesz juz wyjsc. Naprawde nie mam dzisiaj czasu. - mruknelam lapiac za klamke.
- Och, Anny! - warknela. - Dobra. Przyszlam bo mam problem.
- I co mi do tego?
- Jestesmy siostrami? - podniosla brwi i wbila we mnie wzrok.
- Doprawdy? - zironizowalam. - Wczesniej o tym nie pamietalas.
- Ty nadal do tego wraacaaasz? - jeknela opadajac na moja lozko.
- A ty nadal nie przyswoilas, ze nie chce miec z toba nic wspolnego? Jak masz jakis problem to lec do rodzicow. Spelnia kazda twoja zachcianke. - zauwazylam. Tak bylo zawsze, Victoria jest taka madra, taka zdolna, taka zaradna. Pff...
- Oni raczej mi nie pomoga. - odparla patrzac sie w swoje paznokcie. - Widzisz, pracowalam przez jakis czas w Paradise. Tym salonie odnowy w Chicago. No i ogolem wszystko spoko, tylko stracilam te prace i nie mam jak obecnie placic za wynajem.
- A coz takiego sie stalo, ze stracilas prace? - spytalam spodziewajac sie odpowiedzi.
- W sumie nic wielkiego. Sama nie ogarniam, dlaczego szefowa tak sie na mnie rzucila tylko za to, ze calowalam sie z jej mezem. Poza tym Geff i tak chcial sie z nia rozstac! Pomoglam jej zauwazyc ten fakt. Powinna mi byc wdzieczna. - punkt dla mnie. Moglabym napisac ksiazke o Victorii.
- No nie, w ogole. Co z tego, ze byli malzenstwem, nie? - rzucilam otwierajac drzwi. - Wyjdz i nie pokazuj mi sie na oczy. Nie chce miec z toba wiecej kontaktu.
- Jestes moja siostra! - wrzasnela najwyrazniej liczac, ze mnie zlamie.
- Tez cierpie z tego powodu.
- Nie mozesz mnie wyrzucic, jestes za miekka na takie rzeczy. Mysl, ze moge zostac zgwalcona gdzies po drodze nie da ci spokoju.
- Jestes smieszna, wroc do rodzicow. Uciesza sie. - kiwnelam glowa w strone wyjscia. Wzburzona wyszla tupiac glosno obcasami.
- Pozalujesz jeszcze. - warknela wychodzac. Kiedy tylko opuscila moje mieszkanie osunelam sie plecami po scianie i zwinelam w klebek. Budowana od dawna harmonie szlag trafil. Obawialam sie jej, bo nigdy nie rzucala slow na wiatr.
Prace zaczelam rowno o dziewietnastej. W klubie nie bylo za duzo ludzi, wiec moglam spokojnie posprzatac swoje stanowisko i porozmawiac z wpolpracowniczka. Milly nalezala do ludzi, ktorzy odnajdywali sie w byciu pod czyjac wladza. Nie marudzila, zawsze punktualna zyla w swoim swiecie.
- Wszystko chyba juz jest gotowe. - przyznalam ustawiajac kufle od piwa na szklanej pulce.
- Jak zawsze. - usmiechnela sie szeroko. Swoje czarne jak noc wlosy spiela w konski ogon. Uroda pobijala kazdego, jednak miala w sobie naturalna skromnosc. Lubilam ja za to.
- Jutro mamy wolne, nie? - spojrzalam na grafik.
- Ja mam jeszcze jedna nocke. - odparla. - Ale za to potem dwa dni lenistwa.
- Ja wyspie sie w niedziele. - westchnelam. Milly popatrzyla mi prosto w oczy.
- Cos sie stalo? Jestes jakas przybita. - zauwazyla.
- Nic wielkiego, po prostu...siostra byla u mnie dzisiaj. - wzruszylam ramionami.
- TA siostra? Victoria? - podeszla do mnie opierajac sie lokciami o blat.
- Tak. Niestety, mam tylko jedna siostre. - mruknelam.
- I co chciala?
- Pomieszkac u mnie. To nie bylby nawet problem. - zwrocilam sie do niej energicznie. - Ale ona w ogole sie nie zmienia, Milly. Ciagle robi te same bledy i na dodatek nie zauwaza, ze krzywdzi ludzi wokol. Prawda jest taka, ze wynajmujac ze mna mieszkanie nie placilaby za nic, spraszala przypadkowych facetow i psula mi zycie. Zawsze to robi...
- Czyli nie zgodzilas sie?
- Nie, skadze znowu.
- To dobrze, nie martw sie. To juz nie jest twoje zycie, po tym wszystkim co ci zrobila nie musisz nic dla niej robic. - uscisnela mnie delikatnie usmiechajac sie cieplo.
- Dzieki. - szepnelam widzac, ze do baru podchodzi klient.
- Raz whisky z lodem. - rzucil.
- Oczywiscie. - odpowiedzialam zajmujac sie podawaniem trunku.
Jak zwykle skonczylem prace poznym wieczorem. Wiecej czasu zajely mi sprawy papierkowe, niz konkretne spotkania z klientami. W kancelarii kazdy mial swoje miejsce w hierachii. Tak tez bylo ze mna, aczkolwiek dzieki pewnym "zbiegom okolicznosci" szanowano mnie co ulatwialo znaczaco zycie. Idac ulica oswietlona swiatlami lamp kierowalem sie w strone Steve Yoe's. Zgodnie z informacjami tam wlasnie czekala na mnie robota. Nawet nie wiedzialem, jak zmieni moje zycie.
Ludzie rozbawili sie na dobre i w calej sali unosil sie juz zapach alkoholu i papierosow. Na scenie wystepowaly coraz dziwniejsze osoby, niektorych trzeba bylo z niej zdejmowac sila czym zajmowal sie sam Percy. Najwyrazniej jednak nie przeszkadzalo mu to, bo czesto wybuchal smiechem wracajac do nas za bar. Ja rowniez przestalam myslec o codziennych sprawach i obraz mojej siostry wylecial calkowicie z mojego umyslu. Z Milly ledwo wyrabialysmy sie z podawaniem zamowien, ale za to dostawalysmy dobre napiwki, co nakrecalo nas do dalszej pracy.
- Musze na chwile do toalety. - rzucila, kiedy kolejka sie zmniejszyla.
- Lec. - usmiechnelam sie do niej podajac piwo z sokiem imbirowej jakiejs kobiecie w srednim wieku.
- Wode poprosze. - podnioslam glowe zajeta wkladaniem pieniedzy do kasy. Przede mna stal mlody mezczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany i ubrany na tyle dobrze, ze az zaskakujaco. Do tego jego oczy. Pomimo dymu unoszacego sie w slabo klimatyzowanym pomieszczeniu przebijaly swoja barwa moj umysl. Zaskoczona kiwnelam jedynie twierdzaco glowa.
- Z lodem? - spytalam siegajac po szklanke.
- Moze byc. Gazowana. - Wrzucilam do naczynia kilka kostek lodu z maszyny i zalalam podchodzac do blatu.
- Prosze. - usmiechnelam sie lekko biorac od niego banknot.
- Reszty nie trzeba. - odparl rozgladajac sie po zbiorowisku.
- To bardzo duzo. - zauwazylam. Znow spojrzal na mnie usmiechajac sie zawadiacko.
- Macie tu duzo roboty, to wcale nie jest duzo.
- Taka praca. - wzruszylam ramionami.
- Nie lubisz jej? - zamyslilam sie na chwile.
- Nie moge tak powiedziec. Po prostu ja akceptuje. - odpowiedzialam. Przekrecil lekko glowe przygladajac mi sie uwaznie. Usiadl na wysokim stolku znow wrzucil na swoja twarz firmowy usmiech. Znalam takich ludzi za duzo, zeby zlapalo mnie to za serce.
- Zycie jest krotkie, nie lepiej miec prace ktora chce sie miec?
- Moze i zycie jest krotkie, ale nie zawsze mamy mozliwosci na osiagniecie kazdego celu. - w dziwny sposob ludzie przestali interesowac sie zamawianiem czegokolwiek. Spojrzalam w strone sceny i oniemialam. Przed mikrofonem stal nikt inny...jak Victoria. Ubrana w ciasna, czarna sukienke i wysokie szpilki zaczela spiewac. Oszolomiona przymknelam oczy marzac jedynie o wyjsciu z klubu.
- Zle sie czujesz? - dobiegl do mnie glos chlopaka.
- Niewazne. Podac cos jeszcze? - spytalam slabo. Wzrok blondyna byl w tamtym momencie bardzo powazny.
- Zbladlas. - zauwazyl. Glos Victorii roznosil sie po pomieszczeniu. Znow na nia popatrzylam, klient zrobil to samo. Pokrecilam lekko glowa i zabierajac szmatke obrocilam sie wycierajac umyte szklanki i kufle.
Nie minela chwila, a obok pojawila sie Milly.
- Ej, czy to nie twoja siostra? - szepnela.
Dziewczyna za barem nie pasowala mi do obrazu klubu. Bila z niej inteligencja a to raczej prowadzi ludzi do innych miejsc niz jakies speluny. Zaciekawila mnie, co nie zdarza sie czesto. Kiedy na scene wkroczyla kolejna osoba na jej twarzy pojawilo sie cos dziwnego. Sila rzeczy i ja zwrocilem sie w tamta strone. Wysoka, szczupla, troche wyuzdana laska zaczynala wlasnie spiewac. Talent raczej nie lezal w jej naturze, ale swoja osoba po prostu skupiala uwage. Mialem takich na peczki, wiec znow popatrzylem na barmanke. Ta jednak odwrocila sie do mnie tylem rozmawiajac ze wspolpracowniczka. Gdyby nie moje zdolnosci, zapewne nie wiedzialbym o czym rozmawiaja. Skupilem sie wyciszajac wszystkie inne dzwieki i kreslac male kolko palcem po blacie wzmocnilem glos dziewczyny.
- Nie moge na nia patrzec... - szepnela.
- Powiedz Percy'emu, ze zle sie czujesz. Ostatnio pracowalas wiecej niz inni, da ci wolne. - poradzila jej kolezanka.
- Nie, nie trzeba. Dlugo skladalam sie po tym wszystkim i teraz nie moge uciec, nie tym razem Milly. - westchnela.
- Anny, jakby nie patrzec, to ona nic nie moze ci juz zrobic. Bedzie dobrze. - a wiec tajemnicza barmanka nazywala sie Anny. Odpuscilem dalsze podsluchiwanie i znow uaktywnilem dzwieki wokol. Nie zauwazylem, ze jeki dziewczyny ze sceny dobiegly konca i zajela miejsce obok mnie.
- Witaj. - usmiechnela sie zalotnie.
- Witaj. - odparlem krotko. Bardziej interesowala mnie barmanka, jednak znikla zza baru zapewne widzac zblizajaca sie laske.
- Podobal ci sie moj wystep? - spytala ostentacyjnie gladzac sie po dekolcie.
- Podac cos? - zwrocila sie do niej pracowniczka.
- No nie wiem... - westchnela zbijajac we mnie wzrok.
- Czego sie napijesz? - spytalem automatycznie.
- Jestes taki mily. - zasmiala sie slodko. Katem oka widzilem, jak druga barmanka morduje ja wzrokiem. Rozbawilo mnie to. - No nie wiem...moze Sex on the Beach? - znow popatrzyla na mnie. - Nadal nie odpowiedziales na moje pytanie.
- O co pytalas? - szepnalem. Usmiechnela sie kuszaco. Znalem to, kazda tak reagowala. Kolejna do kolekcji.
Widzialam jak Victoria podchodzi do baru. Rzucilam tylko Milly zmeczone spojrzenie i skierowalam sie do wyjscia, aby chociaz na chwile odetchnac swiezszym powietrzem. Tyly klubu zajmowaly glownie puste kartony po zamowieniach i klilka drewnianych skrzynek. Usiadlam na jednej z nich oddychajac gleboko. Nie bez powodu moja siostra pojawila sie w pracy. Cos knula, byla mistrzynia intryg. Swiat otwieral ku niej swoje ramiona, na dodatek nigdy nie ponosila konsekwencji swoich czynow. Z klubu zaczela dobiegac glosa muzyka, co oznaczalo koniec konkursu i rozpoczecie kolejnej nocnej biby. Spojrzalam na zegarek na nadgarstku.
- Pierwsza w nocy... - westchnelam. Jeszcze szesc godzin i wroce do domu. Poloze sie do miekkiego lozka, wczesniej kupie kilka rozkow z wisniami i ogladajac telewizje bede uprawiac najprzyjemniejszy sport na swiecie - lenistwo.
- Idealnie. - uslyszalam glos przed soba. Natychmiast podnioslam glowe. Moim oczom ukazalo sie trzech zamaskowanych facetow. Wszyscy wygladali na mocno podpitych ale i kontrolujacych siebie. Chcialam wstac i wycofac sie spowrotem do klubu, jednak jeden z nich zagrodzil mi przejscie.
- Taka ladna dziewczyna nie powinna siedziec tutaj o tej porze. - zasmial sie jeden z nich. Poczulam dreszcz paniki na swoich plecach. Muzyka byla na tyle glosna, ze i tak nikt by mnie nie uslyszal.
- Czego chcecie? - staralam sie powstrzymac drzenie szczeki.
- Zaraz sie przekonasz. - odezwal sie ostatni groznie. Silna dlon pchnela mnie przed siebie przez co upadlam na kolana. Zamknelam oczy widzac, jak stojacy przede mna facet rozpina rozporek.
- Zostawcie mnie. - warknelam.
- Zaraz zajmiesz swoje sliczne usteczka czym innym. - probowalam sie wyrwac, jednak moje rece byly zakleszczone w silnym uscisku.
- Kiedy dama odmawia, nalezy to uszanowac. - czwarty glos pojawil sie znikad. Popatrzylam nad siebie i ujrzalam czyis cien. Po chwili postac ubrana cala w czern z maska Jokera na twarzy stala miedzy nami zeskakujac ze schodow przeciwpozarowych.
- Kim ty jestes, lalusiu? - warknal moj oprawca.
- Pomiotem szatana... - cos zlowrogiego rozeszlo sie wokol niczym mgla. Zamaskowani zloczyni rozesmiali sie szyderczo. Byli wysocy, umiesnieni i napewno mieli juz kilka wyrokow na koncie. Potem wszystko stalo sie nagle. Tajemniczy wybawca za pomoca kilku ruchow powalil mezczyzn na ziemie po czym w jego dloni pojawil sie jarzacy srebrem miecz. Bez wahania rozcial im wnetrznosci rozbryzgujac wokol krew. Wystraszona nie potrafilam sie poruszyc. Nie czulam w ogole radosci z ocalenia nie wiedzac, czy i ja nie podziele losu owych bandytow. Joker odwrocil sie do mnie przodem.
- Uciekaj do srodka. - rzucil. Zaprzeczylam.
- Kim jestes? - szepnelam. Podszedl do mnie. Miecz rozplynal sie w powietrzu a w moja strone wyciagnal swoja dlon. Po chwili dopiero zrozumialam, ze nadal klecze na ziemi a kamyki bolesnie wbijaja mi sie w kolana. Trzesaca reka zlapalam sie tajemniczego wybawcy i wstalam niepewnie.
- Kim jestes? - ponowilam swoje pytanie pewniej. Przyjrzalam mu sie dokladniej. Pierwsza ocena byla mylna, ten...ktos mial miesnie wielkosci boksera bez sterydow.
- Po prostu uwazaj na siebie. - odparl. Odwrocil sie, jednak zlapalam go za ramie. Sama zdziwiona swoja odwaga.
- Prosze, powiedz mi. Chce wiedziec komu zawdzieczam...zycie. - poprosilam cicho. Znow obrocil sie do mnie przodem.
- Chce pozostac w cieniu dnia.
- Nie powiem nikomu. Po prostu chodzi o mnie. Uratowales mi zycie, ludzie nie robia takich rzeczy na codzien. - zauwazylam.
- Moze na zlych ludzi trafiasz?
- A do ktorych ty sie zaliczasz? - pokrecil lekko glowa.
- Kto powiedzial, ze w ogole zaliczam sie do ludzi?
- Hm... - westchnelam. - Dziekuje. - pokiwal tylko glowa i po chwili juz go nie bylo. Rozplynal sie w powietrzu pozostawiajac mnie z miliardem pytan.
Nowy blog, nowe opowiadanie. Dramione nadal bede kontynuowac, ale strasznie kusilo mnie stworzenie calkowicie wlasnej historii. I oto jest! :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)