wtorek, 19 lutego 2013

Kawa

Nie potrafilem tak po prostu wrocic do baru i wyrwac kolejnej dziewczyny do siebie. Cos wrecz zmuszalo mnie do sprawdzenia, czy barmanka bezpiecznie trafi do domu i moglem siedziec nawet do rana czekajac az skonczy zmiane, byle nic jej sie nie stalo. Nie musialem jednak pozostac dlugo w ukryciu, bo szybko wyszla z pracy wsiadajac do taksowki. Wmawialem sobie, ze to czesc mojej pracy i skaczac po dachach budynkow mknalem za pojazdem. Chcialem miec pewnosci, iz nikt nie skrzywdzi jej w miedzy czasie. Nie mieszkala daleko od Steve Yoe's, dobrze jednak ze nie wracala sama na pieszo. Nowy York noca jest dosc...zlowrogim miejscem i lepiej miec sie na bacznosci. Zawsze po akcji wymazywalem pamiec przypadkowym swiadkom, ona jednak emanowala czyms dziwnym do opisania i zwyczajnie nie moglem tego zrobic...nie chcialem.

Udalo mi sie doprosic sie Percy'ego, aby dal mi wolna noc. Nie byl do tego zbyt chetny, ale wymyslilam piekne klamstwo, ktore zaskoczylo nawet mnie sama. Oficjalna wersja ukazywala mnie wracajaca do domu, gdzie obecnie przebywala moja mama. Dodalam, ze jest bardzo chora a opiekunka musiala natychmiast wyjsc. Wzielam na siebie dwie nieodplatne zmiany co najwyrazniej bylo dobrym towarem przetargowym. Czulam sie niepewnie, wiec przed opuszczeniem klubu zamowilam taksowke. Dojscie do domu zajeloby mi moze z kwadrans, jednak nie chcialam narazac sie na spotkanie z niebezpieczenstwem. Przed oczami nadal mialam obraz zamaskowanych mezczyzn i tajemniczego wybawcy. Pewniej poczulam sie dopiero zamykajac dzwi wejsciowe na cztery spusty i zapalajac wszedzie lampki. Wlaczylam telewizor, aby zapelnic uczucie samotnosci i nie dbajac o wieczorna toalete zwinelam sie w klebek pod koldra przyciagajac do siebie Cynamona, ktory juz wczesniej pograzony byl w glebokim snie.

- Nawet nie wiesz, jak ciesze sie ze cie mam. - szepnelam do jego miekkiego futerka. - Dziekuje...

Mialam ogromny problem z zasnieciem. Pomimo wszelkich staran wciaz krecilam sie na lozku niemogac znalezc wygodnej pozycji. W mojej glowie goscilo dziwne poczucie, ze jestem obserwowana. Tlumaczylam sobie, iz nikt na mnie nie patrzy, jednak niepokoj ogarnial serce. Kot jak na dobrego przyjaciela przystalo mruczal przyjemnie dopasowujac sie wciaz do mnie. Raz na jakis czas spogladalam w strone cyfrowego zegara, ale czas plynal wolno. Oznaczalo to tyle o ile, iz slonce nie wstanie za szybko a potrzebowalam go, zeby nabrac wiekszej pewnosci siebie. W koncu jednak jakas obezwladniajaca sila owiala mnie swoja moca i usnelam pograzona w wyczekiwanym snie.

Patrzylem na nia chowajac sie za oknem. Mieszkala sama, dla poprawienia swojej pewnosci siebie zapalila wszystkie swiatla i wlaczyla wiadomosci. Widocznie owe wydarzenia wstrzasnely nia na tyle mocno, ze nie mogla po prostu sie pozbierac. Zmruzylem oczy zauwazajac, ze przytula do siebie jakiegos pluszaka. Po chwili dopiero ogarnalem, iz jest to zywe. Raczej kotowate. Wytezylem sluch widzac, ze zaczyna do niego przemawiac.

- Nawet nie wiesz, jak ciesze sie ze cie mam. Dziekuje... - samotnosc. Wybieramy ja wychodzac z zalozenia, ze w ten sposob osiagniemy idylliczny spokoj. Niestety, w wielu momentach jest ona przyczyna naszego najwiekszego cierpienia. Westchalem ciezko. Nie rozumialem, dlaczego pozwolilem dziewczynie zapamietac to wydarzenie. Przez swoje glupie pobudki zadalem jej jeszcze wieksze cierpienie. Niewiedza potrafi doprowadzic do szalenstwa, a ja sam smialo moglem mianowac siebie czlowiekiem nienormalnym. Widzac, ze dlugo meczy sie z zasnieciem dotknalem delikatnie dlonia szyby, za ktora sie skrywalem. Zeslalem jej spokojny sen, dajac chociaz tyle dobroci z tego zepsutego serca, ktore jeszcze we mnie bilo. Kiedy upewnilem sie, ze noc bedzie dla niej przyjemna przenioslem sie do swojego domu.

Nigdy nie spalam tak dobrze. Czesto miewalam koszmary, wstawalam wykonczona pomimo dlugiego snu lub musialam zrywac sie z lozka, aby zdazyc do pracy. Tamtego dnia jednak po moim ciele rozchodzilo sie przyjemne cieplo, slonce mocno wplywalo do pomieszczenia dajac mi poczucie nieogarnianej radosci a Cynamon nie dopraszal sie o sniadanie dalej spiac pod koldra. Przeciagnelam sie usmiechajac szeroko. Mialam w sobie mnostwo energii, aczkolwiek nie bylam pewna z jakiej racji. Pamietalam fakt, iz zwolnilam sie u Percy'ego z jakiegos bardzo waznego powodu, powrot Victorii oraz chwile, w ktorej wracalam taksowka do domu. Reszta rozmyla sie w mojej glowie, mialam okropne przeswiadczenie, iz brakuje w tym jakiegos waznego fragmentu. Wlaczony telewizor pokazywal najwazniejsze wiadomosci dnia wczesniejszego, lampki nocne palily sie we wszystkich czesciach mieszkania. Nie rozumialam tego, ale wytlumaczylam sobie, ze zasnelam ogladajac jakis film i przy okazji nie wylaczylam swiatla. Fakt, ze bylam w ubraniu zaskoczyl mnie najbardziej. Moja mama z racji na swoje perfekcyjne podejscie do zycia nigdy nie pozwalala ani mi, ani siostrze zasypiac w czymkolwiek innym, niz czysta pizama wyprana w hipoalergicznym proszku. Czesto zastanawialam sie, jak to mozliwe, ze nie mam zadnej alergii od tak sterylnych warunkow. Na szczescie ominely mnie meki uczulen. Gorzej z Victoria, ktora puchnie od orzechow i podobno nie moze miec na sobie sztucznej skory, tlumaczac tym noszenie prawdziwej. Smieszna.

Zgodnie z planem mialam w ten dzien wolne, ale za to przez nastepne dwie doby czekaly mnie pracowite dniowki. Niespiesznie wstalam i zniknelam w lazience, aby po dlugim prysznicu wrocic i przebrac sie w czyste ubrania. Po tak dobrze przespanej nocy nabralam apetytu i ochoty do zycia, co wydawalo mi sie coraz bardziej podejrzane. Pomimo to z checia zrobilam tosty z mnostwem skladnikow, kawe z mlekiem i nalozylam Cynamonowi wieksza porcje jedzenia co skomentowal glosnym mruczeniem. Wylaczylam telewizor zastepujac go radiem. Zapowiadal sie dobry dzien.

Mialem powazne problemy z zasnieciem, dlugo bilem sie z myslami czy zrobilem dobrze pozbawiajac dziewczyne wspomnienia tak pozno. Na dodatek zdawalem sobie sprawe z tego, iz nie uczynilem tego najlepiej i o dziwo cos we mnie liczylo na to, ze ona nie zapomni. Gdyby przypomniala sobie sama z siebie to nie mialbym juz zadnych wyrzutow. Pamiec ludzka jest bardzo krucha rzecza. Manipulacja nia nie zawsze przynosi pozadane efekty. Usnalem dopiero nad ranem, ale i szybko sie przebudzilem. Do mojego pokoju wlecial rozesmiany Wibby, czlowiek ktory nawet po zawalonej nocce przepracowanej w ciezkich warunkach byl pelen zycia. Jeknalem zniesmaczony.

- Stary! Bede w prasie! Ogarniasz?! Koncert okazal sie wydarzeniem roku normalnie i byla u mnie nawet telewizja! - krzyknal kladac sie ciezko na lozko.

- Zamknij sie... - mruknalem chowajac twarz w poduszce.

- Ooo, widze ze ciezka nocka? - zasmial sie. - A gdzie jakas panna? Czyzby twoj urok osobisty przestal dzialac?

- Jestes idiota. - warknalem. - Nie ma zadnej panny, kurwa...

- Wow, stary. Co cie tak wzielo? - obrocilem sie na plecy chowajac twarz w dloniach.

- Komplikacje...

Niedziela to dzien swiety, a najlepiej uswiecic go w supermarkecie. Tak przynajmniej funkcjonuje wiekszosc zapracowanego przez caly tydzien spoleczenstwa. Lato dobiegalo konca, wiec korzystajac z ostatnich promieni slonca ubralam biala, dopasowana sukienke na grubych ramiaczkach i granatowy zakiet, ktory zapielam na jeden guzik w pasie. Dawno nie przykladalam uwagi do ubioru, bo w Steve Yoe's wszyscy nosimy zwykle, czarne koszulki i tej samej barwy spodnie. W ten dzien jednak czulam, ze moge wiele. Wlozylam blekitne baletki i zabierajac wiklinowy kosz wyszlam z domu na zatloczone ulice Nowego Yorku.

Dzien ciagnal sie w nieskonczonosc. Wibby jak nakrecony w kolko opowiadal o koncercie w klubie bagatelizujac moj stan. Na podkreslenie powagi wydarzenia nagral fragment newsow, w ktorym pokazywali miniona noc w Barnabasie. Masa swiatel, roztanczonych dziewczyn i znana kapela wsrod tego wszystkiego. Zarobil tyle, iz zrobil wolne dla wszystkich i kazal im pozadnie sie wyspac. Juz szykowal sie na kolejna mocna impreze, w koncu taki czlowiek jak on zawsze osiaga swoje cele. Westchnalem ciezko odkladajac gazete na kanape. Niedziela powoli dobiegala konca, zmeczony podszedlem do barku w celu nalania sobie whisky. Niestety, w calym tym zamieszaniu nie nadrobilem zaleglosci po odwiedzinach rudej.

- Widze braki asortynentu? - kumpel pojawil sie w salonie wskakujac na kanape.

- Ide nadrobic te braki. - odpowiedzialem usmiechajac sie perfidnie.

- Jedyne, co potrafi cie podniesc na duchu, to wodka? - jeknal.

- Nie.

- Nie?

- Wole whisky.

W jednej z kawiarni kupujac kawe na wynos spotkalam Milly na randce z jakims wysportowanym chlopakiem. Nie bylo to najlepsze wydarzenie w jej zyciu i widzac mnie wykorzystala okazje, aby szybko sie od niego ulotnic. Czulam sie z tym glupio, bo mordowal mnie wzrokiem, ale ogolnie bylo mi to obojetne. Moja przyjaciolka miala to do siebie, ze interesowala mezczyzn swoja osoba. W porownaniu do Victorii jednak szukala czegos na stale, ostatni jej zwiazek trwal trzy lata i od tego czasu nie byla jeszcze z nikim kazda randke komentujac "Nic nazdzwyczajnego". Zaplacilam za kawe i razem wyszlysmy na zatloczone ulice miasta. Wieczor powoli zblizal sie nieublaganie zwiastujac koniec wolnego dnia.

- To co znowu poszlo nie tak? - usmiechnelam sie do dziewczyny.

- To co zwykle. Napakowany i zadufany w sobie. Ja na prawde nie ogarniam tego schematu przystojnych facetow, kazdy traktuje siebie jak jakies bostwo i takiego traktowania oczekuje od dziewczyn. Bez sensu, nie zalezy mi na siedzeniu wsrod cheerleaderek i wydzieraniu sie, ze Brandon jest najlepszy. Chcialabym poznac kogos...nie wiem, zakochac sie tak bez pamieci. - westchnela.

- Jestes mloda, spotkasz jeszcze kogos. - rzucilam. - Nowy York to duze miasto, ludzi jest tutaj az nadto.

- Ta... - mruknela zniechecona.

- Milly, popatrz na siebie. - jeknelam. - Wiekszosc facetow na ulicy oglada sie za toba, przyciagasz uwage bo jestes po prostu atrakcyjna. To nie jest kwestia braku odpowiedniego faceta ogolem w naszym gatunku tylko czasu. Kazdy potrzebuje czasu.

- Glupoty gadasz. - zawstydzila sie. - Na dodatek ja osobiscie nie wierze w przeznaczenie, druga polowke, ktora gdzies na mnie czeka i powoli przestaje wierzyc w zwiazek do konca zycia. - westchnela.

- Glupoty gadasz. - powtorzylam ja krecac oczami. Zatrzymalysmy sie przed sklepem z dobrymi alkoholami. - Nie uwazasz, ze ostatnio po prostu za bardzo szukasz?

- Niezbyt. - odparla markotnie przekraczajac prog pomieszczenia. W srodku bylo tylko kilka osob. Wszystkie polki wypelnione byly winami, czeskim piwem i innymi specyfikami, ktorych znalezienie gdziekolwiek indziej graniczy z cudem.

- A jaki jest twoj model idealnego mezczyzny?curacao

- Nieistniejacy. - zasmiala sie. - Najlepiej, zeby mial tyle zapedu do zycia co ja i emanowal wrecz pozytywna energia. No i dbal o siebie, nie chce w wieku szescdziesieciu lat obudzic sie obok miesnia piwnego. - teraz to ja sie rozesmialam. W tym akurat ja rozumialam.

- Blue curacao i tamto biale wino. - poprosilam chlopaka za lada.

- A dokumenciki beda? - spytal.

- Oczywiscie. - wyjelam dowod z portfela. Przyzwyczailam sie do faktu, iz ludzie czasami nie dowierzaja w moj wiek.

- Ej... - Milly szepnela mi do ucha. - Czy to nie ten chlopak z klubu, ktory splawil twoja siostre? - powiodlam spojrzeniem za nia. Przy dziale z whisky stal wysoki mezczyzna w szarej bluzie. Byl odwrocony do nas plecami ale i tak moglam ocenic go jako godziny silowni. Pokrecilam lekko glowa usmiechajac sie ponuro.

- Moze jest gejem? - zasugerowalam chowajac zakupy do koszyka.

- Albo nie jaraja go napuszone laski. - podparla sie biodrami.

- Chodzmy lepiej. Spoznisz sie do pracy. - odpowiedzialam spogladajac ukratkiem na mezczyzne. Cos mi przypominal, ale nie bylam w stanie okreslic co. Kiedy sie obrocil nasze spojrzenia skrzyzowaly sie na chwile. Widzialam zaskoczenie w jego oczach, szybko jednak usmiechnal sie zawadiacko, jak na pozera przystalo. Nie zwracajac juz wiecej na niego uwagi wyszlam ciagnac za soba perfidnie rozbawiona Milly.
Kilka przecznic dalej rozstalysmy sie. Ona poleciala do Steve Yoe's a ja powoli ruszylam w strone swojego mieszkania. Cynamon napewno nie cieszylby sie z dluzszego czekania na posilek. Slonce powoli zachodzilo za wysokimi budynkami miasta tworzac fioletowa lune wokol. Westchnelam cicho czujac dziwny stan zawieszenia. Bylam bardzo spokojna, ale tez mialam ochote zrobic cos konstruktywnego. Dwojakosc potrzeb bywa irytujaca.

Nic nie dzieje sie bez przyczyny. Zmarnowany wyszedlem z domu zakupic whisky w jednym z mniej uczeszczanych miejsc i niby przypadkiem ona tez tam byla. Wygladala pieknie, kobieco. Pomimo to ten kretyn za lada nie uwierzyl w jej wiek. Zastanawialem sie, czy jeszcze mnie pamieta. Nie musiala, dziewczyna bedaca tam z nia przypomniala Anny kim jestem. Zlapalem jej spojrzenie zaskoczony, wpierw wygladala na zainteresowana. Pozniej jednak przybrala mine obojetnej i wyszla pozostawiajac mnie z metlikiem emocji. Jak na porywczego czlowieka przystalo zaplacilem za artefakta i wyszedlem szukajac jej. Niestety, ludzie wokol utrudniali mi przebicie sie na tyle, aby w ogole gdzies dojrzec te biala sukienke i burze brazowych lokow. Mialem tylko jedno wyjscie, jezeli na prawde chcialem ja znalezc. Schowalem sie w jednej z pustych uliczek za stosem smieci i skupilem w sobie. Dotknalem cegiel i na scianie przede mna pojawila sie mala mapa pokazujaca gdzie poszukiwana obecnie jest. Usmiechnalem sie do siebie i skierowalem w tamto miejsce krotsza droga usuwajac wpierw dowody.

Siedzialam w cukierni Lucy You jedzac ciasto czekoladowe z orzechami i pijac kawe z mlekiem. Smialo moglam przyznac sie do uzaleznienia od niej, ale nie przeszkadzal mi ten fakt. W dloni dzierzylam codziennik przegladajac pobierznie najwazniejsze informacje dnia. Wychwalali jakis klub, rozwodzili sie o swiecie dziekczynienia i gromili politykow za czcze obietnice. Brak zaskoczenia. Moja uwage jednak przykula jedna z ostatnich stron, na ktorej oglaszano poszukiwanych i zaginionych. Wsrod nich znalazlam nazwiska trzech mezczyzn ze zdjeciami. Wygladali przerazajaco.

Marc Preston

Wiek 39 lat, ostatnio widziany w okolicy banku Querro.
Poszukiwany za cztery gwalty i morderstwo.
Niebezpieczny i chory psychicznie uciekl miesiac temu
z osrodka Sw. Magdaleny. Policja bezskutecznie poszukuje
go od dluzszego czasu. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.

Fisher Preston

Brat Marc'a Prestona.
Wiek 37 lat. Ostatnio widziany w towarzystwie pozostalych
braci. Poszukiwany za wspoludzial w morderstwie, liczne
kradzieze, zniszczenie mienia i gwalt.
To on prawdopodobnie pomogl starszemu bratu
uciec z osrodka. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.

Crabby Preston.

Najmlodszy z braci. 30 lat. Poszukiwany za liczne rozboje
z bronia, falszerstwo dokumentow oraz przemyt
narkotykow. Ostatnio widziany przy Querro wraz ze starszymi
przestepcami. Rownie niebezpieczny jak oni.
Policja bezowocnie poszukuje go od lat. Obecnie przebywa
w okolicach Nowego Yorku. Kazdy, kto mial stycznosc
z przedstawionym czlowiekiem ma obowiazek
obywatelski zglosic sie do najblizszej komendy.

Z czytania lektury wyrwal mnie czyjs glos.

- Mozna? - spojrzalam znad gazety. Moim oczom ukazal sie ten sam mezczyzna, ktorego spotkalam w pracy i sklepie. Dopiero przy blizszym poznaniu moglam okreslic, iz jego ubior wart jest wiecej niz moja cala szafa. Na dodatek usmiechal sie perfidnie, jakby oczywistym bylo, ze pozwole mu usiasc obok.

- Jestem zajeta. - odpowiedzialam szybko. Chyba za szybko, bo usmiech na jego twarzy stal sie jeszcze bardziej wyrazny.

- Nie bede pani przeszkadzal. - wzruszyl ramionami.

- Jest duzo wolnych miejsc. - zauwazylam rozgladajac sie po kawiarni.

- Owszem, ale nie lubie samotnosci.

- To niech zaprosi pan tutaj swoja dziewczyne. Nie bedzie pan samotny.

- Obecnie nie posiadam zadnej.

- Bardzo mi przykro. - mruknelam zirytowana jego natrectwem.

- Rowniez cierpie. David. - przedstawil sie wyciagajac do mnie dlon. Z czystej kultury uscisnelam ja przedstawiajac sie.

- I tak zaraz wychodze, wiec prosze. - zrezygnowalam z dalszych prob ziechecenia chlopaka.

- Tym bardziej skorzystam, skoro jeszcze tutaj jestes. - odparl siadajac przede mna. Zaskoczona znow na niego spojrzalam.

- Byles ostatnio w Steve Yoe's. Prawda?

- Mozliwe. W miescie jest duzo klubow. - kelnerka, ktora praktycznie nigdy nie wychodzi zza lady nagle zjawila sie obok. Az za uprzejmym glosem przemowila do blondyna.

- Moze podac cos panu? - popatrzyl sie na mnie.

- Chcialabys cos do tej kawy?

- Mam jeszcze ciasto, dziekuje. - odparlam znow otwierajac gazete.

- Podwojne espresso wystarczy. - zwrocil sie do dziewczyny w rozowym wdzianku.

- Mamy bardzo dobre ciasteczka orzechowe. - zacwierkala. - Dla tak milego goscia dodam specjalna promocje. - pokrecilam oczami przewracajac strone. Chlopak zasmial sie cicho, ale odmowil. Kelnerka odeszla niepocieszona.

- Co ciekawego slychac w wielkim swiecie? - znow przemowil do mnie.

- To co zawsze, komercja, mediokracja i inne bzdety zaslaniajace prawdziwe problemy. - westchnelam.

- Co przez to rozumiesz?

- Prasa rozpisuje o malo waznych sprawach sprawiajac, ze ludzie przestaja widziec to, co jest tak naprawde wazne. Tutaj na przyklad pelno jest wiadomosci o swiecie dziekczynienia, ktore przeciez chwali podbijanie Bogu ducha winnych ludzi. Przeciez to wcale nie jest chwalebne. Pomimo to wmawia sie nam, ze nic zlego nie zrobilismy, gdyz wprowadzilismy "prawdziwa" cywilizacje dla zacofanego swiada dawnej Ameryki. Nonsens. - odlozylam gazete siegajac po kawe. Zauwazylam, ze David wpatruje sie we mnie zaciekawiony.

- Cos sie stalo? - spytalam speszona.

- Nie, nic. Jakie masz poglady na temat religii? - dawno nie rozmawialam z nikim bardziej intelektualnie, wiec jego ciekawosc zaskoczyla mnie, ale i zachecila do wypowiedzi. Chcialam sie odezwac, ale kelnerka wrocila z zamowionym przez blondyna espresso.

- Prosze. - usmiechnela sie do niego slodko. - Gdyby potrzebowal pan czegos, to bede za kasa. - Nie odpowiedzial jednak dalej wpatrujac sie we mnie, co wywolalo naplyw ciepla do moich policzkow. Dziewczyna natretnie stala dalej obok nas zapewne czekajac na jakas reakcje.

- Potrzebuje w tym momencie prywatnosci. - westchnal w koncu obdarzajac ja zdawkowym spojrzeniem. Zirytowana obrocila sie natychmiast odchodzac.

- Czyzby problemy z relacjami damsko - meskimi? - usmiechnelam sie kpiaco.

- Doceniam w kobietach szacunek do samych siebie. - odparl.

- Mianowicie?

- To proste. Moze i staroswieckie, ale jednak. Kobieta powinna byc adorowana i zwracac na siebie uwage czym innym, niz...prostactwem? Tak to moge chyba ujac. Wybijac sie umyslem, nie brakiem ubrania i taktu.

- Coz za rycerskie podejscie. - prychnelam w dziwny sposob rozbawiona.

- Raczej zdrowe. - poprawil mnie rowniez sie usmiechajac.

- Niech i tak bedzie. - przystalam na to.

- To odpowiedz na moje wczesniejsze pytanie. Jakie jest twoje podejscie do religii?

- Dlaczego tak cie to w sumie interesuje? Nie chce byc nieuprzejma, ale nie znamy sie i jestem tak po prawdzie zaskoczona. - przyznalam chowajac dlonie pod kolanem.

- Dawno nie mialem okazji porozmawiac z kims o czyms wiecej. - wzruszyl ramionami wypijajac cala zawartosc malej filizanki.

- Hmm...to jest jakas odpowiedz. No wiec uwazam, ze kazdy ma prawo do swojego wyznania, aczkolwiek katolicyzm w jakis sposob mnie odpycha. Kwestia tego, ze swiat sie zmienia a kosciol dalej pozostaje w epoce sredniowiecza. Co jakis czas wykonuje wiekszy krok i znow zatrzymuje sie w swoich pogladach na wiele lat a przeciez czlowiek zmienia sie z dnia na dzien. Kazdego rana budzimy sie jako inni ludzie, cos w nas umiera a cos sie rodzi. Podoba mi sie motyw reinkarnacji w buddyzmie. Mysle, ze zamiast latania w obloczkach z harfa w dloni wolalabym dostac kolejne zycie jako czlowiek i po prostu czuc. - chlopak podparl sie na ramieniu patrzac w pusta filizanke.

- A co, jesli po smierci bylabys niepelnosprawna fizycznie? Gdybys urodzila sie jako istota pozbawiona zdolnosci normalnego funkcjonowania? - spytal bardziej siebie niz mnie.

- Nie bylabym gorsza od zdrowego czlowieka. Postrzegalabym po prostu swiat inaczej. Kazde zycie warte jest przezycia. - odparlam dopijajac kawe.

- Moze i tak, ale nie bedac w takiej sytuacji nie wiesz raczej o czym mowisz.

- Skad ta pewnosc? - rzucilam przekrecajac lekko glowe.

- Fakt, nie moge tego stwierdzic. - przyznal usmiechajac sie lekko.

- Skoro ja powiedzialam tyle, to moge zadac jakies pytanie?

- Smialo. - zgodzil sie.

- Dlaczego ze mna rozmawiasz? Ludzie nie podchodza na codzien do obcego czlowieka pytajac o jego poglady spoleczne. - zasmial sie cicho.

- To prawda, ale jak juz powiedzialem wczesniej, brakowalo mi rozmowy z kims, kto ma ciekawe poglady. Nie ocenia sie ksiazki po okladce, ale patrzac a ciebie doszedlem do spontanicznego wniosku, ze milo mi bedzie wypic razem kawe.

- Dziekuje. - poslalam mu cieply usmiech.

- Za co? - tym razem to ja go zaskoczylam.

- Za komplement. - rzucilam wstajac. - Ale musze juz isc, mam troche rzeczy do zrobienia. - chlopak rowniez doprowadzil siebie do pionu zostawiajac dosc zawyzony banknot na tacy.

- Moge kawalek cie odprowadzic? - spytal szarmancko.

- Kawalek. - zaznaczylam niepewna czy to dobry pomysl. Od dawna trzymalam przedstawicieli plci przeciwnej na dystans. Rozmowa z owym mezczyzna byla wiec dla mnie czyms nowym i zaskakujacym. Otworzym mi drzwi przepuszczajac przodem. Katem oka zauwazylam nienawistne spojrzenie kelnerki. Prawdopodobnie wiecej juz nie moglam przyjsc tam na kawe, bo z zawisci dosypalaby mi arszeniku do zamowienia.

- Czym zajmujesz sie na codzien? - spytalam, kiedy minelismy skrzyzowanie.

- Jestem prawnikiem. - odpowiedzial. - Pracuje w Smith&Colbie Corporation.

- Bardzo odpowiedzialne zajecie.

- Mozliwe podchodze do tego bardziej jak do hobby. Od zawsze chcialem zajmowac sie tym, wiec spelniam obecnie swoje marzenie. - zasmial sie. Slonce juz dawno zaszlo za horyzontem pozwalajac na nadejscie nocy i okrycie nieba gwiazdami, ktore w pelnym spalin miescie byly ledwo dostrzegalne. - A o czym ty marzysz?

- Czy ja wiem... - westchnelam. - Obecnie o zobaczeniu czystego nieba. Ogolem skonczylam dziennikarstwo, mialam nadzieje, ze pozwoli mi to na uczynienie swiata lepszym. - zamialam sie gorzko. - Niestety, ten swiat nie chce tego. Woli zyc klamstwami, ze zanieczyszczenia w Nowym Yorku wcale nie sa tak szkodliwe, liczba bezrobotnych wciaz sie zmniejsza a po studiach mozemy osiagnac sukces. Nie odpowiada mi klamstwo, nie mam znanego nazwiska. Dlatego pracuje tu gdzie pracuje i spelniam sie co najwyzej artystycznie.

- Malujesz? - wygladal na prawdziwie zainteresowanego.

- Czasami, zalezy czy mam na to czas. - przyznalam.

- Bardzo chetnie zobaczylbym kiedys jakas twoja prace. - zatrzymalam sie natychmiast prawie wpadajac na jakiegos mezczyzne. W mojej glowie zapalila sie lampla oprzytamniajac mnie.

- To byloby raczej trudne do zrealizowania. - mruknelam.

- Dlaczego?

- Po prostu. Mysle, ze juz spokojnie trafie do domu. - odpowiedzialam chcac jak najszybciej opuscic blondyna. Nie wygladal na szczesliwego, zapewne liczyl na cos wiecej tej nocy, ale ja nie chcialam...nie moglam. Nigdy wiecej.

- Anny. - cos zaklulo mnie w sercu, kiedy wypowiedzial moje imie. - Przed czym uciekasz?

- Milego wieczoru. - rzucilam znow przyspieszajac. Jedyne, czego pragnelam to przekroczyc prog mieszkania i uwolnic sie od tego przeszywajacego wzroku. Kazde przywiazanie pociagalo za soba pewnego rodzaju niebezpieczenstwo, na ktore po prostu nie moglam sobie pozwolic. Z nadzieja zgubienia go w tlumie mknelam przed siebie. W glowie wciaz huczalo mi jedno zdanie "Przed czym uciekasz?"






1 komentarz:

  1. Proszę, napisz w końcu trzeci rozdział!
    Nie mogę się już doczekać!
    Pozdrawiam :*
    P.S. To ja, Joni. Niestety musiałam zmienić nick (na dramione tez...), ale osoba pozostaje ta sama, tzn ja :D
    Życzę duuużo weny <3

    OdpowiedzUsuń