Od dziwnego spotkania z Davidem minal ponad tydzien. Z racji na duza ilosc pracy i mala snu nie rozmyslalam o chlopaku za czesto, czasami jednak zaskakiwalam sama siebie kiedy malujac wyszukiwalam barwy podobne do teczowek blondyna. Wmawialam sobie, iz to zwykly przypadek, jednak dlon sama kierowala pedzlem w taki sposob, iz w koncu nie powstrzymywalam swoich ruchow i po prostu stworzylam jego kopie na plotnie. Wyobraznia musiala dodac cos od siebie i w efekcie pijac kawe patrzylam na przystojnego mezczyzne z hipnotyzujacym wzrokiem opierajacego sie nonszalacko o framuge wejscia do kawiarni. W tle ustawione byly male, drewniane stoliki ozdobione barwnymi kwiatami. Dla kontrastu z zimna uroda mezczyzny przestrzen uczynilam wrecz plomienna, co jeszcze bardziej przyciagalo wzrok. Farby nie wyschly nalezycie, wiec powstrzymywalam sie od dotkniecia twarzy chlopaka. Westchnelam cicho czujac w sobie pewnego rodzaju smutek. Znow pozwalam sobie na nieuczciwe emocje, obezwladniajace moj umysl. Zalozylam niesforny kosmyk wlosow za ucho i odkladajac kubek na krzeslo zniknelam w lazience.
Praca zawsze jest dobrym sposobem na uwolnienie sie od niepotrzebnych mysli. Przydzielono mi bardzo wazna sprawe, wiec calymi dniami zbieralem odpowiednie dokumenty, rozmawialem ze swiadkami i tworzylem konkretny plan dzialania. Noce byly o dziwo spokojne, ale i tak patrolowalem okolice wyreczajac przy okazji Wibby'ego z jego warty. Dobrze wiedzial, ze i tak nie zasne, wiec pozwalal na to doprowadzajac mnie rano do normalnego stanu dzieki swoim zdolnosciom regeneracji. Sam rowniez ciagle gdzies znikal zajety organizowaniem koncertu znanej kapeli w Barnabasie. Jednym slowem nasze mieszkanie nie odczuwalo niczyjej obecnosci przez wiekszosc czasu a my sami wpadlismy w petle zegarowa nie myslac o odpoczynku. Bylismy mlodzi i swiat stal przed nami otworem, wystarczylo poswiecic temu wiecej uwagi.
- David, ktos do ciebie. - Joanna nie miala zwyczaju pukac, co bywalo irytujace, gdyz jako moja sekretarka powinna okazywac mi wiecej respektu. Z drugiej strony nadrabiala uroda i figura, co czesto sklanialo nas do zostawania po godzinach i korzystania z pustego biura.
- Wpusc go. - odparlem nawet na nia nie patrzac. Uklad byl prosty, seks bez zobowiazan. Wiedziala o tym, wiec nie mialem zadnych wyrzutow sumienia.
- Witaj, Davidzie. - w pomieszczeniu pojawil sie niejaki Corman. Stary wyjadacz, ktory od roku siedzi na emeryturze i calkiem dobrze spedza czas w otoczeniu dziewczyn, ktore moglyby by jego wnuczkami. Pieniadze czynia cuda.
- Dobrze cie widziec. - odpowiadam szczerze. Corman Perquel byl wczesniej moim szefem, to jemu zawdzieczam wszystko, co osiagnalem. Gdyby nie dal mi szansy zapewne nadal bylbym najslabszym ogniwem zyjac do pierwszego.
- Jak tam firma? Widze, ze masz duzo pracy. - zauwaza rozsiadajac sie na skorzanej sofie.
- Genialnie, mamy coraz wiecej klientow. Do tego szykujemy nowa kampanie promujaca wizerunek kancelarii. Nic, tylko otwierac szampana.
- Od poczatku wiedzialem, gdzie jest twoje miejsce. Drogi chlopcze, ludzi takich jak ty jest coraz mniej. Powraca moda na trywialna moralnosc, hipisowskie podejscie do pieniedzy i smieszne rownouprawnienie kobiet. - istnialo wiele rzeczy, w ktorych nie popieralem bylego szefa, jednak bylem tez na tyle sprytny, aby nie zaprzeczac mu bez potrzeby. Poznalem go dobrze i wiedzialem, kiedy mam klamac a kiedy mowic prawde. Podobalo mu sie to.
- A potem ludzie budza sie na ulicy. Trzeba myslec wczesniej, jezeli nie chcesz potem zalowac. - odpowiadam zamykajac jedna z teczek. - Ale co cie do mnie sprowadza? Nie wpadasz bez powodu. - dodaje posylajac mu znaczace spojrzenie.
- Widzisz, moze nie jestem idealem i wzorem meza. Mam jednak duza slabosc do mojej corki, Marcy. Ostatnio kreci sie przy niej wielu...ehh, sepow na moje pieniadze. Ona jest latwowierna i obawiam sie, iz w koncu ktoremus ulegnie a potem ja zostane bez grosza na koncie i z kredytem w banku.
Dlatego pomyslalem o tobie, Davidzie. - Corman sklada rece za szyja. - Jestes kims, komu i tak z checia przepisalbym kancelarie. Wiem, ze masz wystarczajaca pieniedzy a i tak za kilka lat twoje zarobki wzrosna. Oczekuje od ciebie jednak...mozemy chyba nazwac to wdziecznoscia. - perfekcyjnie ukrylem irytacje, gdyz juz wiedzialem o co chodzi szefowi.
- Moja corka zostanie twoja zona.
Milly nalezala do ludzi, ktorzy nie znosili sprzeciwu. Inaczej nie wyszlabym z wygodnego lozka wraz ze wschodem slonca, uparla sie abysmy zaczely biegac. Cynamon podchodzil zapewne do tego pomyslu tak samo jak ja, gdyz przez dluzszy czas lezal w lozku i nawet nie zwracal uwagi na glosny dzwonek do drzwi. Dopiero polaczenie tych okrutnych dzwiekow z melodyjka telefonu komorkowego na szafce skutecznie wybudzilo mnie na trwale.
Bieglysmy jeszcze w miare pustymi uliczkami miasta mijajac glownie taksowki i otwierajacych sklepy pracownikow. Slonce ledwie wynurzalo sie zza horyzontu nie ogrzewajac ziemi dzieki czemu nie odczuwalam zmeczenia. Podobalo mi sie to, aczkolwiek nie spalam tej nocy za dobrze a Milly nawet nie pozwolila na poranna kawe twierdzac, ze lepiej wypic wode z cytryna.
- Daleko jeszcze? - mruknelam, kiedy po raz drugi przebieglysmy przy tej samej kwiaciarni.
- Jak to mozliwe, ze ja jestem zalana potem a ty nie? - jeknela z wyrzutem.
- Jestem genetycznie zmodyfikowana. - odparlam z powaga.
- A ja genetycznie zmeczona. - prychnela zatrzymujac sie przy ciastkarni. Z usmiechem na ustach weszlam za nia do wypelnionego zapachem slodkosci pomieszczenia. Kilka osob stalo juz w kolejce kupujac sniadanie z kawa w zestawie. Kiedy dotarl do mnie jej aromatyczny zapach wiedzialam, ze zaraz ja zdobede. Napotkalam karcacy wzrok Milly, ktora wiedziala, ze wcale nie chce zakupic zbozowych buleczek. Byla jednak na tyle zmeczona, iz odpuscila zamawiajac czerwona herbate i dyniowa bulke tuz po mojej dawce kofeiny i kawalku czekoladowego tortu z malinami.
- Kiedys bedziesz od tego gruba. - mruczy odgryzajac kawalek bulki. Siedzialysmy w kacie niewielkiej sali wypelnionej kwiatami, bardzo przypominala miejsce, w ktorym umiejscowilam Davida na swoim obrazie. Zapach ciastek i kawy roznosil sie wokol otulajacc nas niczym cieply koc.
- Nie przejmuje sie tym. - wzruszylam ramionami. Moje cialo nigdy nie bylo szczegolnie wysportowae, ale tez nie nalezalam do osob sklonnych do tycia. Mysle, ze smialo moge przynalezec do grupy "waga normalna".
- No teraz nie, bo nie wisza ci ramiona, brzuch, piersi. Za kilka lat zmienisz zdanie, jak faceci w naszym wieku beda interesowac sie mlodszymi dziewczynami a tobie pozostanie zycie w celibacie.
- Ostatnio jestes bardzo kasliwa. - zauwazylam.
- Zdaje ci sie. - burknela w rzeczywistosci potwierdzajac moja uwage.
- Rozumiem, ze chodzi o plec przeciwna? - rzucilam. Milly patrzyla sie tepo w kubek z herbata. Musiala minac chwila, zeby znow sie odezwala.
- Spotkalam Stephen'a. - szepnela. Stephen Richard Cherson. Wielka gwiazda koszykowki z liceum dziewczyny. Byli razem przez jakis czas, ona zakochala sie w nim bez pamieci a chlopak po ostatniej klasie po prostu zerwal kontakt i wyjechal nikomu nic nie mowiac. Chodzily pogloski, iz zrobil wielka kariere w Europie i nie ma zamiaru wracac do Ameryki.
- Mow. - prosze, aby kontynuowala.
- No nic no, szedl ze swoja laska. Wysoka, chuda blondzia na szpilach. Czulam sie przy nich jak krasnolud, na dodatek wracalam wtedy ze zmiany i uwierz mi, bylam w stanie okropnym.
- Rozmawialiscie?
- Chwile. Bylismy dla siebie nawet mili, az ta wywloka rzucila cos w stylu " niedaleko jest dobra silownia, moze jakos ci pomoga". - warknela moja przyjaciolka gniotac pusty kubek na wynos.
- I ty sie tym przejmujesz? - krece oczami. - Sluchaj, byliscie razem w liceum. Przeciez po nim spotykalas sie bardzo dlugo z Marciem. Myslalam, ze przy nim zapomnialas o Stephenie.
- Nigdy nie zapomnisz pierwszego zranienia. - zauwaza.
- Ale z kazdym mozesz nauczyc sie zyc. - oponuje. Przeszlam gorsze rzeczy w zyciu, niz rozstanie z chlopakiem marzen, wiec hamowalam sie przed wrzasnieciem na Milly tylko z racji na fakt, iz ona po prostu wiele jeszcze o mnie nie widziala i nie mialam za co ja winic.
- Wytracilo mnie to z rownowagi, tyle. - wzruszyla ramionami.
- Chyba za bardzo, skoro jedna wymiana spojrzen z gosciem wystarczyla, zeby wplynac na wieksza czesc twojego zycia. Przeciez nie potrafisz rano wstac bez kawy, pracujesz na tyle duzo, ze wolisz wyspac sie kiedy mozesz, zamiast biegac, a te bulke mietosisz w dloniach jakby rosla ci w gardle. Kochasz czekolade, wiec ciasto, ktore wlasnie jem jest dla ciebie idealne. - wyliczam.
- Od dawna chcialam cos zmienic w swoim zyciu. - broni sie.
- Jasne, od zawsze chcialas wstawac o piatek rano w dzien wolny i pic tylko wode z cytryna...
- Dobra, skoncz juz. - machnela reka zapewne wiedzac, iz po prostu mam racje.
- Jak chcesz, ja musze spadac, mam dzisiaj kilka rzeczy do zalatwienia. Dzwon jak cos. - pozegnalysmy sie i kazda z nas ucielka w swoim kierunku. W domu natychmiast wskoczylam pod prysznic po czym przykrylam sie ciepla koldra i szybko zasnelam z usmiechem na ustach. Jednak dzien wolny.
- Zdaje sobie pan sprawe z tego, o co mnie prosi? - przygladalem sie uwaznie Cormanowi, ale nie wygladal na czlowieka, ktory zartuje.
- Oczywiscie, mysle ze ty rowniez wiesz, jak wazne to dla mnie jest. - zauwaza. Musze klamac, jakos sie wykrecic jednoczesnie nie oburzajac tego czlowieka, bo nadal pociaga za sznurki w kancelarii.
- A mozemy wpierw pozwolic sobie na poznanie? - pytam wiedzac, ze da mi to czas na wymyslenie czegokolwiek. Zawsze mam w domu Wibby'ego, pomoze.
- W ostatecznosci, czemu nie? Ze strony mojej corki, raczej nie masz obawy, chlopcze. Pokazalem jej twoje zdjecia, jest zauroczona. - znow mnie zaskoczyl. Byl bardziej sprytny, niz myslalem. Mowiac, iz sam tez chce przekonac sie kim jest jego corka moglbym tylko go obrazic. Do tego nie planowalem wiazac sie z nikim przez najblizsze lata. Jak mialbym tlumaczyc ciagle znikanie w srodku nocy na kilka godzin, coroczne wyjazdy na turnieje podobnych mi i tnacy wszytko miecz w akcie desperacji? Bez sensu...na dodatek nadal mialem w glowie obraz Anny.
- Prosze wiec przekazac jej, ze zapraszam na kolacje w piatek.
- Cudownie. - Corman usmiechnal sie na tej pulchnej buzce i poprawiajac drogi krawat wstal zadowolony z siebie. Wstalem sciskajac mu dlon. Nie byl to jednak zwykly gest na pozegnanie. W ten sposob zawarlismy umowe, ktora zlamanie bedzie powaznym problemem. Kiedy wyszedl z pomieszczenia odczekalem chwile i trzasnalem wielkim wazonem o scianem rozbijajac go w drobny mak. Nie spodziewalem sie takiego obrotu sprawy. W drzwiach jak na zawolanie pojawila sie glowa zaniepokojonej Joanny.
- Wychodze. - warknalem zabierajac kilka rzeczy z biurka i wymijajac ja nawet nie sluchajac, o czym do mnie mowi.
Musialem odreagowac. Najlepszym wyjsciem bylo udanie sie do Podziemia. Pod powloka nocy przeskakiwalem budynki mknac z zawrotna predkoscia. Powietrze ciosalo moja twarz trzezwiac mysli a deszcz, ktory tylko czekal na odpowiedni moment, zeby zderzyc sie z powierzchnia ciazyl wokol. Swiatla latarni nie dobiegaly do takich wysokosci, ale pomimo to widzialem wszystko bez korzystania ze swoich lowieckich zdolnosci. Zatrzymalem sie nad jedna z uliczek i wiedzac, iz jest pusta zeskoczylem otaczajac sie siarczystym podmuchem wiatru. Miekko stanalem na ugietych kolanach. Dla zwyklego przechodnia miejsce to jest zwyklym, smierdzacym wysypiskiem smieci. Nie dla nas jednak. Dotykajac odpowiednich cegiel tworzac z nich haslo kilkanascie odsuwalo sie na boki ukazujac kamienne schody prowadzace w dol. Swobodnie zszedlem po nich nie ogladajac sie za siebie. Na samym koncu stal Profix i Samaro. Straznicy Podziemia. Wyciagnalem reke ku nim, Samaro wyczynil swoje typowe szamanstwa i widzac niebieskie zabarwienie mojej krwi nie mial problemow, abym przeszedl dalej. Standardowa procedura, krew odmiencow barwi sie na niebiesko przy obecnosci szamana.
Muzyka w srodku tworzyla atmosfere pozadania. Wszystkie sciany obite kamieniem, czernia i czerwienia oswietlaly jedynie plomiennice ustawione w katach. Na mniejszych scenach tanczyly kobiety w klatkach, niektore wily sie przy suficie utrzymajac sila woli. Wiekszosc jednak korzystala z zycia nie probujac nawet kryc sie ze swoimi zachowaniami. W tym miejscu nikt nie zastanawial sie nad pora dnia czy nocy. Nie probowalismy tez chowac prawdziwego oblicza, dlatego tez z wtopiona w twarz maska nie wyroznialem sie wsrod kobiet zmiji, miotacza ogniem, ktorego cialo palilo sie nieszkodliwym, chlodnym plomieniem. Jednym ze starych wyjadaczy byl tez Kowboj. Ciemnoskory mezczyzna, ktory mial dziwna smykalke do hazardu. Przypadek? Watpie. Zajalem wysokie krzeslo przy barze i zamowilem Esencje. Standardowy alkohol, w ktorym do wodki dodawany jest nektar bogow. Zakazany, ale zdejmujacy jednoczesnie wszelkie obciazenia z umyslu. Za barem stal Verius. Wysoki, chudy czlowiek - sep. Prawie nigdy nie zabieral glosu a jego grobowe oczy przypominaly, ze latwo moze pokazac na co go stac, jezeli tylko ktos przesadzi.
Zabieram zamowienie i klade sie na wolnej kanapie pod sciana. Jednym chlystem przelykam zawartosc, kiedy obok pojawia sie powabna Sympia.
- Witaj, Askar. - usmiecha sie zalotnie. Tym razem jej cialo pokrywaly nieliczne zlote luski, co oznaczalo, ze niedawno kapala sie w morskiej wodzie. Poza nimi nie posiadala na sobie nic, co wykorzystywala na swoich celach.
- Witaj, Sympio. - esecja zaczyna dzialac, wiec nie odmawialem jej towarzystwa. Usiadla obok patrzac na mnie w konkretny sposob. Zblizala sie wkladajac dlon pod koszulke do ktorej przymocowane byly pasy z bronia. Jej dotyk byl chlodny jak na morskie stworzenie przystalo.
- Tesknilam za toba. - szepnela do mojego ucha. Wtedy tez dzieje sie cos nieoczekiwanego. Widze w niej Anny. Widze twarz barmanki, ktora rozmywa sie w ulamku sekundy i oddaje miejsce rudowlosej Sympii.
- Nie dzisiaj. - mruknalem cicho wstajac na tyle szybko, ze az kobieta - ryba zachwiala sie na kanapie. Nie zwazalem jednak na to, musialem jak najszybciej spotkac te przyciagajaca dziewczyne. Obiecalem sobie, ze odpuszcze skoro ona tego chciala, jednak nie moglem juz dluzej trwac w zawieszeniu. Sprawa z Cormanem i jego corka odeszla na drugi plan. Czym predzej opuscilem Podziemie i pedzac przed siebie odbijalem sie od scian budynkow znow wskakujac na ich dach. Esencja dodala odwagi, a takze sily. Kazdy z nas powinien przyjmowac ja raz na jakis czas. Zyjac wsrod ludzi jestesmy zmuszeni na prowadzenie zupelnie innego trybu zycia. Nic jednak nie poradzimy na decyzje Edenu, z ktorego pochodzimy. Wybierajac wmieszanie sie do bytu zwyklych mieszkancow tego swiata dostajemy wolnosc, ale i tez jestesmy zdani jedynie na siebie. Zblizajac sie do miejsca, w ktorym mieszkala dziewczyna wyczulem cos dziwnego. Wlosy zjezyly sie na mojej skorze, co oznaczalo tylko jedno, klopoty.
Po dlugiej drzemce postanowilam zrobic cos konstruktywnego, wiec po nakarmieniu Cynamona i zjedzeniu prowizorycznego obiadu zabralam wieksza torbe na ramie i z dlugim warkoczem opadajacym na plecy wyruszylam do ksiegarni. Uwielbialam czytac, czas spedzony z fascynujaca ksiazka byl jak najbardziej wartosciowy i przyjemny. Nadchodzaca jesien dawala o sobie znac, gdyz slonce nie ogrzewalo juz tak bardzo miasta a wiatr nieznosnie mrozil mi twarz. Do tego nad moja glowa zbieraly sie deszczowe chmury. Idealny dzien na lekture. Wyobrazilam sobie Milly biegajaca wsrod piorunow tylko po to, aby dorownac zupelnie obcej kobiecie. Nonsens. Z drugiej strony potrafilam ja zrozumiec, podobnie jak ja potrzebowala kontaktu z drugim czlowiekiem i nie mogac juz wytrzymac samotnosci lapie sie Stephen'a jak tonacy brzytwy. Otwierajac drewniane drzwi ksiegarni wokol rozlega sie dzwiek przyczepionego do nich dzwoneczka. Owiewa mnie podmuch ciepla, co dodaje otuchy.
- Czego pani potrzebuje? - starszy mezczyzna wylonil sie niczym cien zza jednek z kilku pulek.
- Jeszcze nie wiem. - przyznalam. Nie lubilam meczacych ludzi w sklepach, ktorzy chodzili za mna probujac wcisnac kazda rzecz.
- Moze klasyka? Jest w promocji. - rzucil dziadek nie zwazajac na moj zniechecony wzrok. Pomijam jego wypowiedz i przegladam rozne tomy i tomiszcza. Jedne kusza opisami i okladkami, ale wystarczy przeczytac kilka zdan, zeby znow odlozyc je na swoje miejsce. Inne sa na tyle niepozorne, iz tym bardziej laduja w moich dloniach. Nic jednak nie jest na tyle fascynujace, zebym chciala wydac na to czesc wyplaty. Za oknem powoli zaczyna zachodzic slonce przyciemniajac swiat. Wpatruje sie w jego ledwie widoczne rysy uciekajace pod wielkimi budynkami. Zaluje, ze Nowy York nie jest "nizszy". Moglibysmy wtedy podziwiac piekno tego zjawiska z kazdego miejsca w miescie. Barwy mieszajace sie ze soba kojarza mi sie z czyms pieknym, po chwili dopiero dociera do mnie, iz widze w nich moj obraz. Oczy Davida, kawiarnie, kwiaty. To wszystko siedzi w tajemniczym chlopaku, ktorego poznalam niedawno...przez przypadek.
- Polecam to. - z zamyslenia wybudza mnie glos sprzedawcy. Przed twarza macha mi niewielka ksiazka. Troche poszarpana jak na okaz z ksiegarni, ale zaciekawiona przegladam ja.
- Slyszalam o tym. - przyznaje, widzac tytul. "Portret Doriana Graya".
- Tak mlodej panience powinien przypasc do gustu. - cena jest a tyle przystepna, ze zgadzam sie i z lekkim usmiechem na ustach place przy ladzie. Z ksiazka schowana bezpiecznie w torbie wychodze na zatloczone ulice meczone nasilajacym sie zewszad wiatrem. Pierwsze jesienne liscie okrywaja przestrzen nie dajac zludzen. Lato dobieglo konca.
Dlugo ogrzewalam dlonie cieplym grzancem czytajac ksiazke. Nie mialam jeszcze ochoty wracac do domu, wiec zatrzymalam sie w klubie jazzowym. Klimat tego miejsca byl wyjatkowy, jakby czas zatrzymal sie w miejscu. Ciemnoskorzy muzycy krazyli wsrod nas przygotowujac do wieczornego wystepu a ludzie przekraczajac prog sali zrzucali powloke zirytowania na rzecz spontanicznego spokoju oraz radosci. Nieczesto pojawialam sie w Awangardzie, bo znajduje sie dosc daleko od mojego mieszkania i czyste lenistwo sprowadza mnie do blizszych miejsc. Na dodatek pracujac w Steve Yoe's widze, w jakim stanie ludzie potrafia byc po kilku drinkach. Awangarda jednak jest bardzo kulturalnym miejscem, wiekszosc bywalcow dobrze sie zna i od dluzszego czasu graja w pokera na zapalki, starsza pani w fioletowej sukience szeptala o czyms do swojej kolezanki smiejac sie co jakis czas perliscie. Mlody mezczyzna w okularach z czerwonymi oprawkami pisal zawziecie w duzym notatniku, moze krytyk? Kelnerzy nie musieli nosic uniformow, zamiast tego prezentowali sie w cieplych, barwnych strojach podkreslajacych ich ciemniejsza karnacje. Poniewaz w klubie mozna bylo spokojnie palic wokol unosila sie otoczka bialawego dymu. Nie przeszkadzalo mi to, sama stronilam od papierosow, jednak nie bylam szczegolnie przeczulona na nie. Odlozylam ksiazke, gdy na scenie usadowili sie juz wszyscy muzycy i zaczeli uwodzic widownie wspaniala muzyka. Wszyscy skupili sie na nich popijajac rozne drinki i napoje bezalkoholowe. Kiedy kawalek nabral szybkosci kilka osob wyszlo na srodek i zaczelo tanczyc krazac wsrod pozostalych. Usmiechnelam sie szeroko w momencie, w ktorym starsze panie siedzace wczesniej obok zaczely spiewac Hit the road Jack i wyciagnely "krytyka" na srodek. Tak tez mijaly sekundy, minuty, godziny. Czas uciekal jak piasek przez palce i dopiero, gdy zespol zszedl ze sceny dotarlo do mnie, iz musze szybko wracac. Inaczej nie wstane na rano do pracy. Dokladnie o 23 wyszlam na chlodne, jesienne powietrze Nowego Yorku. Ilosc aut na jezdni zmniejszyla sie znaczaco. Moglam wezwac taksowke, jednak wiekszosc pieniedzy zostawilam w domu, zeby nie roztwonic ich na niepotrzebne rzeczy. Jedynym sposobem na powrot bylo skorzystanie z nog. Zalozylam sluchawki na uszy i starajac sie nie myslec, ile jeszcze przede mna po prostu szlam.
Natychmiast zauwazylem skulona w dole dziewczyne. Byla magnesem na niebezpieczenstwo, wokol niej stalo kilku napakowanych facetow, ktorzy nawet nie ukryli twarzy pod kominiarkami. Chciala krzyczec, ale jeden z nich rzucil sie na Anny lapiac za szyje. Bez namyslu zeskoczylem w dol wyciagajac miecz zza plecow. Zaskoczeni odsuneli sie momentalnie, ale nie potrafilem jedynie ich nastraszyc. Natarlem na tego, ktory trzymal oslabiona dziewczyne w swoim uscisku i rozcialem jego ramie. Kiedy krzyczac odskoczyl od niej oslonilem ja swoim cialem.
- Czym, kurwa jestes? - warknal najstarszy z nich. Usmiechnalem sie zlowieszczo przystawiajac mu ostrze do gardla.
- Przepros ja. - mruknalem.
- Sory. - jeknal pocac sie. Naklulem delikatnie skore.
- Powiedzialem, przepros.
- Przepraszam! - krzyknal dlawiac sie powietrzem.
- Znajde was. Wszystkich. - odsunalem bron chowajac ja za siebie. Nie musialem jednak nic wiecej robic, bo wystraszeni bandyci uciekli klnac po drodze. Dobrze wiedzialem, ze jeszcze ich spotkam. Obrocilem sie w strone Anny. Patrzyla na mnie wystraszona, ale w jej wzroku dostrzeglem cos jeszcze.
- Znam cie. - szepnela. Na szyi zauwazylem czerwone slady, zapewne nie proznowali w swoich katuszach.
- Watpie. - wyciagnalem do niej reke. Dziewczyna jednak nadal uparcie mi sie przygladala.
- Boze... - jeknela lapiac sie za glowe. Ukleklem natychmiast przed nia. - To... to juz sie kiedys wydarzylo... ja...ja pamietam! Jak moglam zapomniec? Te nazwiska w gazecie, to byli o ni, jestem pewna... - jej wzrok znow spoczal na mnie. - Po raz kolejny uratowales mi zycie, ale dlaczego o tym zapomnialam?
- Nie moge ci powiedziec. - szepnalem podnoszac ja. Jeknela po raz kolejny, na nadgarstkach dziewczyny zauwazylem kolejne slady. Agresja zaczela niebezpiecznie narastac.
- Prosze... - dalej trzymala moja ukryta pod rekawiczkami dlon. Nie wiem, czy to Esencja, czy po prostu zwariowalem.
- Odprowadze cie do domu. - nie czekajac na jej pozwolenia zlapalem torbe dziewczyny a nastepnie podnioslem ja na ramionach i wskoczylem na dach mknac przed siebie. Nic nie mowila, zapewne wystraszona zbierala mysli. Deszcz rozpadal sie na dobre chlostajac nas z kazdej strony. Gdzies w oddali uderzyl piorun, przebywanie na takich wysokosciach nie bylo dobrym wyjsciem, wiec przeskoczylem na schody przeciwpozarowe i narzucajac na siebie kaptur bieglem mniej uczeszczanymi uliczkami. Po dluzszej chwili bylismy na miejscu. Postawilem Anny delikatnie przed brama wejsciowa, a ona natychmiast zlapala moja reke druga wyjmujac klucz z kieszeni spodni.
- Musisz mi to wytlumaczyc. - odparla pewnym glosem. Zaskoczyla mnie swoja odwaga.
- Nie moge... - zaprzeczylem oddajac jej torbe.
- Prosze. Potrzebuje wyjasnien. - patrzyla na mnie z taka sila, ze sam nie zauwazylem, kiedy bylem w jej mieszkaniu. Znalem je doskonale, przeciez tak czesto obserwowalem dziewczyne gdy spala. Zdjela z siebie mokre rzeczy i gestem reki zaprosila do kuchni. Usiadlem na jednym z drewnianych krzeselek w waskim pomieszczeniu. - Chcesz napic sie czegos? Zjesc?
Pokrecilem tylko przeczaco glowa. Oparla sie o blat za soba spogladajac na mnie.
- Dlaczego zapomnialam tamto wydarzenie? - spytala wprost.
- Nie moglas go pamietac. Takie sa zasady.
- To dlaczego sobie przypomnialam?
- Nie zrobilem tego za dobrze.
- Czesto ci sie to zdarza? - mruknela zalewajac kubek wrzatkiem. Zapach kawy natychmiast rozniosl sie wokol.
- Nie. - przyznalem. - To pierwszy raz.
- Dlaczego wiec?
- Nie wiem... - westchnalem. Przekrecila lekko glowe kucajac przy szafce, gdyz nigdzie indziej nie bylo juz miejsca chociazby na ustawienie drugiego stolka.
- Siadaj. - wstalem ustepujac jej miejsce.
- Dziekuje, ale to ty jestes moim gosciem. Poza tym zaraz przyjdzie Cynamon. - dodala usmiechajac sie cieplo. Jak na zawolanie puszysty, pregowany dachowiec wbiegl miedzy nas laszac sie o jej nogi. Potem spojrzal na mnie badajac wzrokiem kazdy element mojego ciala. Krecil przez chwile nerwowo ogonem, ale najwyrazniej nie odebral mnie jako zagrozenia, bo polozyl sie na nogach swojej opiekunki.
- Sa jeszcze jakies rzeczy, ktore zapomnialam? - zwrocila sie do mnie.
- Nie z mojej inicjatywy. To byl pierwszy raz, kiedy cie spotkalem. - przyznalem.
- Jest jakis sposob, zebym mogla ci sie odwdzieczyc? Nie mam za duzo pieniedzy, ale chce jakos podziekowac.
- Zyj. - poprosilem. Zaskoczenie natychmiast pojawilo sie w szarych oczach dziewczyny.
- Zyje. - odpowiedziala tulac do siebie parujacy kubek.
- Ale ciagle wpadasz w klopoty. - westchnalem.
- Nie prosze sie o nie. - zaoponowala.
- Wiem, ale nie powinnas wracac po polnocy sama.
- Nie mialam przy sobie portfela. - mruknela.
- Boli cie cos? - spytalem zmieniajac temat. Pokrecila przeczaco glowa, ale skrzywila sie przy tym. - Pokaz. - poprosilem. Patrzyla na mnie chwile, po czym wstala, ja rowniez. Zdjalem rekawiczki i dotknalem delikatnie jej szyi. Nastepnie nadgarstki sprawdzajac kosci.
- Nic ci nie bedzie. - szczescie w nieszczesciu.
- Jezeli pojde do lekarza, to beda z tego problemy. - zauwazyla. - Jak wytlumacze, co sie stalo?
- Przyniose ci cos, co natychmiast usunie slady. - Wibby byl dobrym zielarzem i w lodowce trzymal stos lekarstw wlasnej produkcji, sam czesto bylem zaskoczony jego zdolnosciami.
- Spotkamy sie jeszcze? - zauwazylem nadzieje w jej glosie.
- Nie. - zaprzeczylem. - Nie moge zlamac pewnych zasad.
- Rozumiem. - westchnela. Nieoczekiwanie przytulila mnie, co wywolalo dziwny dreszcz na plecach. Pod maska Askara nadal bylem Davidem zauroczonym dziewczyna. - Dziekuje. - dodala odsuwajac sie ode mnie. Kiwnalem twierdzaco glowa i wyszedlem z mieszkania Anny.
hmm... Widzę, że gustujesz w pisaniu w późnych porach :)
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo mi się podobał. Jestem pod wielkim wrażeniem Twoich pomysłów. Czekam na następny rozdział.
Obawiam się, że nie zobaczę go szybko, ale i tak :)
postaram sie jakos szybciej napisac, teraz ogarniam rozdzial na dramione:)
OdpowiedzUsuń