sobota, 16 lutego 2013

Joker


Obudzilem sie rano czujac zmeczenie. Noc byla dosc...pracowita, jezeli tak to moge okreslic i efekty wlasnie do mnie docieraly. Na dodatek obok mnie lezala...Cassie? Chyba tak sie nazywala. Dziewczyna zaliczajaca sie do typu latwe i wyuzdane. Takie nie potrzebowaly zwiazku a po jednej przygodzie nie dzwonily do mnie placzac, ze je zranilem, wykorzystalem i porzucilem. Wstalem niezwracajac na nia uwagi i skierowalem sie do lazienki. Potrzebowalem szybkiego prysznicu, aby obudzic sie konkretniej i zebrac do pracy. Slonce dopiero wschodzilo, co oznaczalo, ze mam jeszcze troche czasu. Tak, jak myslalem. Po powrocie do pokoju dziewczyny juz nie bylo, uklad idealny.

- Od kiedy wybierasz rude? - Wibby lezal na kanapie w salonie z kawa i papierosem przelaczajac kanaly.

- Odmiana od czasu do czasu jest przyjemna. - rzucilem mu usmiechajac sie znaczaco.

- Ktoras w koncu cie zaskarzy o molestowanie, albo wbije z dzieciakiem i testami DNA. - mruknal odkladajac pilota i odpalajac kolejnego szluga.

- Predzej ciebie wykonczy jaranie fajki za fajka. - unioslem jedna brew przygladajac sie plamie na kanapie. - Sprzatasz to. - dodalem wskazujac broda.

- To nie moje. - odparl. - Spytaj swoja...przyjaciolke. - zasmial sie.

- Co masz na mysli?

- Zaszalales wczoraj. Wrocilem o trzeciej z klubu a twoja dziunia bawila sie w salonie...musisz zamykac swoj barek z alkoholem, jak je zapraszasz. - natychmiast skierowalam sie do drewnianej szafki. Jak sie okazalo, wiekszosc zapasow wyparowala ze srodka.

- Kurwa... - warknalem. - Nie mow mi, ze wypila to wszystko sama.

- Mocna glowa robi swoje. - Wibby wzruszyl ramionami. Dobry humor jak zawsze go nie opuszczal.

- Pozniej kupie cos. - westchnalem zirytowany. Laski czasami przeginaja, ale gra bywa warta swieczki. Usmiechalem sie szeroko przypominajac sobie miniana noc.

- Dzisiaj jest u mnie koncert, wpadnij. - chlopak podniosl sie z siedzenia i zabierajac kubek skierowal sie do kuchni.

- Mam troche roboty. - rzucilem krecac karkiem. - Podobno przy Steve Yoe's kreci sie jakis gang, gwalca dziewczyny z okolicy. Przydaloby sie ich utemperowac.

- Tylko nie rzucaj sie za bardzo w oczy. - uslyszalem jego glos z drugiego pomieszczenia.

- Jak zawsze.- mruknalem. - Jak zawsze...


Wracalam z nocnej zmiany marzac o polozeniu sie do wygodnego lozka. W piatki zawsze mielismy tlumy, ktore w pewnym momencie robily wiecej problemu niz pozytku. Pomimo to Percy - wlasciciel nadal nie chcial zorganizowac jakiejs etatowej ochrony. Nic wiec dziwnego, ze niektore meble byly juz w stanie agonalnym a telewizor o malo nie poczul na sobie lecacej w jego strone butelki. Gdyby nie w miare dobre zarobki juz dawno zrezygnowalabym z pracy w Steve Yoe's. Musialam jednak utrzymac sie jakos, bo sprzedaz moich obrazow pozwalala co najwyzej na poranna kawe z mlekiem. Dziennikarstwo rowniez okazalo sie porazka, bo przebic sie w Nowym Yorku mozna bylo tylko na dwa sposoby. Dzieki znanemu nazwisku, lub zaplacie cialem producentom. Zadna z owych opcji mi nie odpowiadala.

- Co tam, Cynamon? - rzucilam do swojego kota zamykajac drzwi. Ten radosnie przybiegl do mnie laszac sie o nogi. - Zaraz dostaniesz jesc. - mruknelam zdejmujac z siebie bluze i odkladajac torbe na krzeslo, ktore stanowilo w mieszkaniu element skladowiska wszystkiego. Z przyzwyczajenia wlaczylam odsluchiwanie automatycznej sekretarki i skierowalam sie do kuchni.

Masz jedna nowa wiadomosc.

Hej Anny, tutaj Veronica. Tak jakos wyszlo, ze jestem obecnie w NY. Mysle, ze mozemy spotkac sie na kawe? Nie widzialysmy sie tak dawno. Daj mi znac co i jak. Buziaki!

- Chyba jestes smieszna. - zasmialam sie sama do siebie kladac na podlodze talerzyk, do ktorego Cynamon podbiegl natychmiast nie zwracajac juz na mnie uwagi. Koty. Zmeczona zabralam pizame z lozka i zniknelam w lazience. Goracy prysznic rozluznil moje spiete od ciaglego stania miesnie i pomogl w usnieciu ze zwierzakiem przy glowie.

Obudzilam sie poznego popoludnia. Lato dobiegalo konca, wiec slonce coraz szybciej ustepowalo miejsca nocy. Przeciagnelam sie leniwie w lozku opadajac na nie ze swiadomoscia, iz za kilka godzin znow mam nocna zmiane. Na dodatek tego dnia w klubie mial odbyc sie konkurs talentow, co oznaczalo kolejna ciezka zmiane. Jedynym sposobem na doprowadzenie siebie do stanu uzytecznosci bylo wypicie duzej porcji kawy. Zeby to jednak zrobic trzeba wstac. Jeknelam przekrecajac sie na brzuch i stracajac tym samym kota z jego miejsca. Niezadowolony zeskoczyl z lozka. On przynajmniej potrafil z niego wyjsc konstruktywnie szybko. Ze mna bylo gorzej. Moje rozwazania na temat zrobienia sobie jeszcze krotkiej drzemki przerwal dzwonek do drzwi. Rzadko ktos mnie odwiedzal, ostatnimi czasy prowadzilam tryb samotnika i w zadnym stopniu mi to nie przeszkadzalo. Westchnelam widzac, iz osoba po drugiej stronie nie da mi spokoju i wstalam przeciagajac sie.

- Hej siostrzyczko! - ostatnia osoba, ktorej bym sie spodziewala stala wlasnie przede mna. Ubrana w lateksowe legginsy i zlota tunike z dodatkiem wysokich szpilek i mocnym makijazem, jak zawsze z reszta, zwracala na siebie uwage kazdego.

- Co tu robisz? - spytalam zaskoczona. Bylam nizsza od siostry nawet, kiedy nie miala na sobie tych wydluzajacych nogi butow. Na dodatek ona slynela z idealnego ciala, ja chowalam sie w jej cieniu.

- Nie odsluchalas sekretarki? - usmiechnela sie szeroko. - Jestesmy rodzina, powinnysmy utrzymywac jakis kontakt. - zauwazyla wchodzac do srodka bez zaproszenia. Pokrecilam zirytowana oczami. Zamknelam drzwi i zwrocilam sie do niej.

- Sluchaj, ja niedlugo musze wychodzic. Mow konkretnie o co ci chodzi. Nie przyszlas do mnie tak o. - przekrecilam lekko glowe przygladajac sie dziewczynie.

- Jestes okropna! - rzachnela sie. - Chcialam po prostu spytac co u ciebie. - gdybym jej nie znala, zapewne uwierzylabym w to piekne klamstwo od razu.

- Jezeli nie chcesz mi powiedziec, do mozesz juz wyjsc. Naprawde nie mam dzisiaj czasu. - mruknelam lapiac za klamke.

- Och, Anny! - warknela. - Dobra. Przyszlam bo mam problem.

- I co mi do tego?

- Jestesmy siostrami? - podniosla brwi i wbila we mnie wzrok.

- Doprawdy? - zironizowalam. - Wczesniej o tym nie pamietalas.

- Ty nadal do tego wraacaaasz? - jeknela opadajac na moja lozko.

- A ty nadal nie przyswoilas, ze nie chce miec z toba nic wspolnego? Jak masz jakis problem to lec do rodzicow. Spelnia kazda twoja zachcianke. - zauwazylam. Tak bylo zawsze, Victoria jest taka madra, taka zdolna, taka zaradna. Pff...

- Oni raczej mi nie pomoga. - odparla patrzac sie w swoje paznokcie. - Widzisz, pracowalam przez jakis czas w Paradise. Tym salonie odnowy w Chicago. No i ogolem wszystko spoko, tylko stracilam te prace i nie mam jak obecnie placic za wynajem.

- A coz takiego sie stalo, ze stracilas prace? - spytalam spodziewajac sie odpowiedzi.

- W sumie nic wielkiego. Sama nie ogarniam, dlaczego szefowa tak sie na mnie rzucila tylko za to, ze calowalam sie z jej mezem. Poza tym Geff i tak chcial sie z nia rozstac! Pomoglam jej zauwazyc ten fakt. Powinna mi byc wdzieczna. - punkt dla mnie. Moglabym napisac ksiazke o Victorii.

- No nie, w ogole. Co z tego, ze byli malzenstwem, nie? - rzucilam otwierajac drzwi. - Wyjdz i nie pokazuj mi sie na oczy. Nie chce miec z toba wiecej kontaktu.

- Jestes moja siostra! - wrzasnela najwyrazniej liczac, ze mnie zlamie.

- Tez cierpie z tego powodu.

- Nie mozesz mnie wyrzucic, jestes za miekka na takie rzeczy. Mysl, ze moge zostac zgwalcona gdzies po drodze nie da ci spokoju.

- Jestes smieszna, wroc do rodzicow. Uciesza sie. - kiwnelam glowa w strone wyjscia. Wzburzona wyszla tupiac glosno obcasami.

- Pozalujesz jeszcze. - warknela wychodzac. Kiedy tylko opuscila moje mieszkanie osunelam sie plecami po scianie i zwinelam w klebek. Budowana od dawna harmonie szlag trafil. Obawialam sie jej, bo nigdy nie rzucala slow na wiatr.

Prace zaczelam rowno o dziewietnastej. W klubie nie bylo za duzo ludzi, wiec moglam spokojnie posprzatac swoje stanowisko i porozmawiac z wpolpracowniczka. Milly nalezala do ludzi, ktorzy odnajdywali sie w byciu pod czyjac wladza. Nie marudzila, zawsze punktualna zyla w swoim swiecie.

- Wszystko chyba juz jest gotowe. - przyznalam ustawiajac kufle od piwa na szklanej pulce.

- Jak zawsze. - usmiechnela sie szeroko. Swoje czarne jak noc wlosy spiela w konski ogon. Uroda pobijala kazdego, jednak miala w sobie naturalna skromnosc. Lubilam ja za to.

- Jutro mamy wolne, nie? - spojrzalam na grafik.

- Ja mam jeszcze jedna nocke. - odparla. - Ale za to potem dwa dni lenistwa.

- Ja wyspie sie w niedziele. - westchnelam. Milly popatrzyla mi prosto w oczy.

- Cos sie stalo? Jestes jakas przybita. - zauwazyla.

- Nic wielkiego, po prostu...siostra byla u mnie dzisiaj. - wzruszylam ramionami.

- TA siostra? Victoria? - podeszla do mnie opierajac sie lokciami o blat.

- Tak. Niestety, mam tylko jedna siostre. - mruknelam.

- I co chciala?

- Pomieszkac u mnie. To nie bylby nawet problem. - zwrocilam sie do niej energicznie. - Ale ona w ogole sie nie zmienia, Milly. Ciagle robi te same bledy i na dodatek nie zauwaza, ze krzywdzi ludzi wokol. Prawda jest taka, ze wynajmujac ze mna mieszkanie nie placilaby za nic, spraszala przypadkowych facetow i psula mi zycie. Zawsze to robi...

- Czyli nie zgodzilas sie?

- Nie, skadze znowu.

- To dobrze, nie martw sie. To juz nie jest twoje zycie, po tym wszystkim co ci zrobila nie musisz nic dla niej robic. - uscisnela mnie delikatnie usmiechajac sie cieplo.

- Dzieki. - szepnelam widzac, ze do baru podchodzi klient.

- Raz whisky z lodem. - rzucil.

- Oczywiscie. - odpowiedzialam zajmujac sie podawaniem trunku.

Jak zwykle skonczylem prace poznym wieczorem. Wiecej czasu zajely mi sprawy papierkowe, niz konkretne spotkania z klientami. W kancelarii kazdy mial swoje miejsce w hierachii. Tak tez bylo ze mna, aczkolwiek dzieki pewnym "zbiegom okolicznosci" szanowano mnie co ulatwialo znaczaco zycie. Idac ulica oswietlona swiatlami lamp kierowalem sie w strone Steve Yoe's. Zgodnie z informacjami tam wlasnie czekala na mnie robota. Nawet nie wiedzialem, jak zmieni moje zycie.

Ludzie rozbawili sie na dobre i w calej sali unosil sie juz zapach alkoholu i papierosow. Na scenie wystepowaly coraz dziwniejsze osoby, niektorych trzeba bylo z niej zdejmowac sila czym zajmowal sie sam Percy. Najwyrazniej jednak nie przeszkadzalo mu to, bo czesto wybuchal smiechem wracajac do nas za bar. Ja rowniez przestalam myslec o codziennych sprawach i obraz mojej siostry wylecial calkowicie z mojego umyslu. Z Milly ledwo wyrabialysmy sie z podawaniem zamowien, ale za to dostawalysmy dobre napiwki, co nakrecalo nas do dalszej pracy.

- Musze na chwile do toalety. - rzucila, kiedy kolejka sie zmniejszyla.

- Lec. - usmiechnelam sie do niej podajac piwo z sokiem imbirowej jakiejs kobiecie w srednim wieku.

- Wode poprosze. - podnioslam glowe zajeta wkladaniem pieniedzy do kasy. Przede mna stal mlody mezczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany i ubrany na tyle dobrze, ze az zaskakujaco. Do tego jego oczy. Pomimo dymu unoszacego sie w slabo klimatyzowanym pomieszczeniu przebijaly swoja barwa moj umysl. Zaskoczona kiwnelam jedynie twierdzaco glowa.

- Z lodem? - spytalam siegajac po szklanke.

- Moze byc. Gazowana. - Wrzucilam do naczynia kilka kostek lodu z maszyny i zalalam podchodzac do blatu.

- Prosze. - usmiechnelam sie lekko biorac od niego banknot.

- Reszty nie trzeba. - odparl rozgladajac sie po zbiorowisku.

- To bardzo duzo. - zauwazylam. Znow spojrzal na mnie usmiechajac sie zawadiacko.

- Macie tu duzo roboty, to wcale nie jest duzo.

- Taka praca. - wzruszylam ramionami.

- Nie lubisz jej? - zamyslilam sie na chwile.

- Nie moge tak powiedziec. Po prostu ja akceptuje. - odpowiedzialam. Przekrecil lekko glowe przygladajac mi sie uwaznie. Usiadl na wysokim stolku znow wrzucil na swoja twarz firmowy usmiech. Znalam takich ludzi za duzo, zeby zlapalo mnie to za serce.

- Zycie jest krotkie, nie lepiej miec prace ktora chce sie miec?

- Moze i zycie jest krotkie, ale nie zawsze mamy mozliwosci na osiagniecie kazdego celu. - w dziwny sposob ludzie przestali interesowac sie zamawianiem czegokolwiek. Spojrzalam w strone sceny i oniemialam. Przed mikrofonem stal nikt inny...jak Victoria. Ubrana w ciasna, czarna sukienke i wysokie szpilki zaczela spiewac. Oszolomiona przymknelam oczy marzac jedynie o wyjsciu z klubu.

- Zle sie czujesz? - dobiegl do mnie glos chlopaka.

- Niewazne. Podac cos jeszcze? - spytalam slabo. Wzrok blondyna byl w tamtym momencie bardzo powazny.

- Zbladlas. - zauwazyl. Glos Victorii roznosil sie po pomieszczeniu. Znow na nia popatrzylam, klient zrobil to samo. Pokrecilam lekko glowa i zabierajac szmatke obrocilam sie wycierajac umyte szklanki i kufle.

Nie minela chwila, a obok pojawila sie Milly.

- Ej, czy to nie twoja siostra? - szepnela.

Dziewczyna za barem nie pasowala mi do obrazu klubu. Bila z niej inteligencja a to raczej prowadzi ludzi do innych miejsc niz jakies speluny. Zaciekawila mnie, co nie zdarza sie czesto. Kiedy na scene wkroczyla kolejna osoba na jej twarzy pojawilo sie cos dziwnego. Sila rzeczy i ja zwrocilem sie w tamta strone. Wysoka, szczupla, troche wyuzdana laska zaczynala wlasnie spiewac. Talent raczej nie lezal w jej naturze, ale swoja osoba po prostu skupiala uwage. Mialem takich na peczki, wiec znow popatrzylem na barmanke. Ta jednak odwrocila sie do mnie tylem rozmawiajac ze wspolpracowniczka. Gdyby nie moje zdolnosci, zapewne nie wiedzialbym o czym rozmawiaja. Skupilem sie wyciszajac wszystkie inne dzwieki i kreslac male kolko palcem po blacie wzmocnilem glos dziewczyny.

- Nie moge na nia patrzec... - szepnela.

- Powiedz Percy'emu, ze zle sie czujesz. Ostatnio pracowalas wiecej niz inni, da ci wolne. - poradzila jej kolezanka.

- Nie, nie trzeba. Dlugo skladalam sie po tym wszystkim i teraz nie moge uciec, nie tym razem Milly. - westchnela.

- Anny, jakby nie patrzec, to ona nic nie moze ci juz zrobic. Bedzie dobrze. - a wiec tajemnicza barmanka nazywala sie Anny. Odpuscilem dalsze podsluchiwanie i znow uaktywnilem dzwieki wokol. Nie zauwazylem, ze jeki dziewczyny ze sceny dobiegly konca i zajela miejsce obok mnie.

- Witaj. - usmiechnela sie zalotnie.

- Witaj. - odparlem krotko. Bardziej interesowala mnie barmanka, jednak znikla zza baru zapewne widzac zblizajaca sie laske.

- Podobal ci sie moj wystep? - spytala ostentacyjnie gladzac sie po dekolcie.

- Podac cos? - zwrocila sie do niej pracowniczka.

- No nie wiem... - westchnela zbijajac we mnie wzrok.

- Czego sie napijesz? - spytalem automatycznie.

- Jestes taki mily. - zasmiala sie slodko. Katem oka widzilem, jak druga barmanka morduje ja wzrokiem. Rozbawilo mnie to. - No nie wiem...moze Sex on the Beach?  - znow popatrzyla na mnie. - Nadal nie odpowiedziales na moje pytanie.

- O co pytalas? - szepnalem. Usmiechnela sie kuszaco. Znalem to, kazda tak reagowala. Kolejna do kolekcji.

Widzialam jak Victoria podchodzi do baru. Rzucilam tylko Milly zmeczone spojrzenie i skierowalam sie do wyjscia, aby chociaz na chwile odetchnac swiezszym powietrzem. Tyly klubu zajmowaly glownie puste kartony po zamowieniach i klilka drewnianych skrzynek. Usiadlam na jednej z nich oddychajac gleboko. Nie bez powodu moja siostra pojawila sie w pracy. Cos knula, byla mistrzynia intryg. Swiat otwieral ku niej swoje ramiona, na dodatek nigdy nie ponosila konsekwencji swoich czynow. Z klubu zaczela dobiegac glosa muzyka, co oznaczalo koniec konkursu i rozpoczecie kolejnej nocnej biby. Spojrzalam na zegarek na nadgarstku.

- Pierwsza w nocy... - westchnelam. Jeszcze szesc godzin i wroce do domu. Poloze sie do miekkiego lozka, wczesniej kupie kilka rozkow z wisniami i ogladajac telewizje bede uprawiac najprzyjemniejszy sport na swiecie - lenistwo.

- Idealnie. - uslyszalam glos przed soba. Natychmiast podnioslam glowe. Moim oczom ukazalo sie trzech zamaskowanych facetow. Wszyscy wygladali na mocno podpitych ale i kontrolujacych siebie. Chcialam wstac i wycofac sie spowrotem do klubu, jednak jeden z nich zagrodzil mi przejscie.

- Taka ladna dziewczyna nie powinna siedziec tutaj o tej porze. - zasmial sie jeden z nich. Poczulam dreszcz paniki na swoich plecach. Muzyka byla na tyle glosna, ze i tak nikt by mnie nie uslyszal.

- Czego chcecie? - staralam sie powstrzymac drzenie szczeki.

- Zaraz sie przekonasz. - odezwal sie ostatni groznie. Silna dlon pchnela mnie przed siebie przez co upadlam na kolana. Zamknelam oczy widzac, jak stojacy przede mna facet rozpina rozporek.

- Zostawcie mnie. - warknelam.

- Zaraz zajmiesz swoje sliczne usteczka czym innym. - probowalam sie wyrwac, jednak moje rece byly zakleszczone w silnym uscisku.

- Kiedy dama odmawia, nalezy to uszanowac. - czwarty glos pojawil sie znikad. Popatrzylam nad siebie i ujrzalam czyis cien. Po chwili postac ubrana cala w czern z maska Jokera na twarzy stala miedzy nami zeskakujac ze schodow przeciwpozarowych.

- Kim ty jestes, lalusiu? - warknal moj oprawca.

- Pomiotem szatana... - cos zlowrogiego rozeszlo sie wokol niczym mgla. Zamaskowani zloczyni rozesmiali sie szyderczo. Byli wysocy, umiesnieni i napewno mieli juz kilka wyrokow na koncie. Potem wszystko stalo sie nagle. Tajemniczy wybawca za pomoca kilku ruchow powalil mezczyzn na ziemie po czym w jego dloni pojawil sie jarzacy srebrem miecz. Bez wahania rozcial im wnetrznosci rozbryzgujac wokol krew. Wystraszona nie potrafilam sie poruszyc. Nie czulam w ogole radosci z ocalenia nie wiedzac, czy i ja nie podziele losu owych bandytow. Joker odwrocil sie do mnie przodem.

- Uciekaj do srodka. - rzucil. Zaprzeczylam.

- Kim jestes? - szepnelam. Podszedl do mnie. Miecz rozplynal sie w powietrzu a w moja strone wyciagnal swoja dlon. Po chwili dopiero zrozumialam, ze nadal klecze na ziemi a kamyki bolesnie wbijaja mi sie w kolana. Trzesaca reka zlapalam sie tajemniczego wybawcy i wstalam niepewnie.

- Kim jestes? - ponowilam swoje pytanie pewniej. Przyjrzalam mu sie dokladniej. Pierwsza ocena byla mylna, ten...ktos mial miesnie wielkosci boksera bez sterydow.

- Po prostu uwazaj na siebie. - odparl. Odwrocil sie, jednak zlapalam go za ramie. Sama zdziwiona swoja odwaga.

- Prosze, powiedz mi. Chce wiedziec komu zawdzieczam...zycie. - poprosilam cicho. Znow obrocil sie do mnie przodem.

- Chce pozostac w cieniu dnia.

- Nie powiem nikomu. Po prostu chodzi o mnie. Uratowales mi zycie, ludzie nie robia takich rzeczy na codzien. - zauwazylam.

- Moze na zlych ludzi trafiasz?

- A do ktorych ty sie zaliczasz? - pokrecil lekko glowa.

- Kto powiedzial, ze w ogole zaliczam sie do ludzi?

- Hm... - westchnelam. - Dziekuje. - pokiwal tylko glowa i po chwili juz go nie bylo. Rozplynal sie w powietrzu pozostawiajac mnie z miliardem pytan.





Nowy blog, nowe opowiadanie. Dramione nadal bede kontynuowac, ale strasznie kusilo mnie stworzenie calkowicie wlasnej historii. I oto jest! :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz